piątek, 11 października 2013

Stoimy tu po dwóch rozstaniach, które zgotował nam los. Po dwóch spotkaniach, którymi ten sam los przeciął nasze drogi. A mimo to tak wiele w tym miejscu wygląda jak dawniej. Tylko pogoda jest inna. Tylko ludzie nie są już tacy sami.

Chujin okrył mnie kocem i przygotował mi ciepły napój. Przebywanie w jego mieszkaniu, po ty co się między nami wydarzyło, wydawało mi się w tej chwili nie na miejscu. Jednak czułem ulgę, że nie muszę być teraz sam.
- Więc ten mężczyzna... to był twój ojciec? - spytał Chuijn, niepewny czy może poruszyć ten temat.
- Tak - szepnąłem. - Zostawił mnie i mamę dla jakiejś kobiety, kiedy byłem mały. Od tego czasu widywałem go sporadycznie, a kiedy to już się działo, raczej starałem się, aby trwało to jak najkrócej.
- Czujesz do niego żal?
- Tak - przyznałem. - Ale nie dlatego, że odszedł od mamy. Potrafiłbym pojąc, że przestał ją zwyczajnie kochać. Jednak on przestał kochać mnie, rozumiesz? Od dnia, kiedy nas zostawił, poza pieniędzmi na utrzymanie, przestał cokolwiek od siebie wnosić. Nawet patrzeć na mnie nie mógł a co dopiero rozmawiać, zapytać jak w szkole, jak się czuje...
- To musiało być dla ciebie ciężkie. Przykro mi.
- W porządku. To nie tak, że myślę o tym cały czas. Zwyczajnie bardzo dawno nie miałem z nim kontaktu i jakoś tak wyszło... Szczególnie po tym, co miało miejsce między nami.
Bałem się o tym rozmawiać, ale wiedziałem, że jestem mu winny szczerość.
- Nie tłumacz się - powiedział Chujin. - Od zawsze wiedziałem, jak bardzo jesteś związany z Jonghyunem.
- Chce się wytłumaczyć. Jestem ci wdzięczny bardziej, niż myślisz. Chyba nigdy w życiu nie będę w stanie odpłacić ci się za twoją opiekę, miłość i oddanie jakie mi dałeś w czasie, kiedy tak bardzo tego potrzebowałem.
- Ale mnie nie kochasz...
- Kocham cię... - zawahałem się. - Tylko to jest inny rodzaj uczucia niż ten, jaki ode mnie oczekujesz.
Chujin spuścił wzrok i spojrzał na swój kubek, przez chwile intensywnie nad czymś myśląc. Po czym ponownie spojrzał mi w oczy, ale wyglądał na zagubionego.
- Chciałbym żeby było inaczej, jednak nie mogę zmusić cię do miłości. Chciałabym też abyś wiedział, że nie tylko ty czułeś coś na znak winy, bo nagiąłeś nasz związek w swoją stronę.
- Co masz na myśli? - spytałem, marszcząc brwi.
- Mam na myśli to, że dawno temu ukryłem przed tobą coś, co mogło zmienić naszą wspólną przyszłość.
Wyprostowałem się w jego stronę sprawiając, że koc zsunął się z moich ramion. 
- Nie rozumiem - powiedziałem. - Co takiego?
Chujin westchnął, odsuwając od siebie ciepły napój.
- To miało miejsce w dniu twojej pierwszej modowej prezentacji.
- Miało miejsce..? - powtórzyłam nic nie rozumiejąc.
- Tego dnia, Jonghyun był na twoim pokazie w Nowym Jorku.

***
 Jeszcze tego samego dnia musiałem wrócić do firmy. Przez to wszystko co się dziś stało zapomniałem w jakim celu do niej wcześniej przyszedłem. Modelki zaprezentowały mi moje projekty a ja ustaliłem i dokonałem kilku drobnych poprawek, uzgadniając z pracownikami następny termin spotkania.
Kiedy opuszczałem piętro, mimowolnie zwolniłem kroku przy gabinecie Jonghyuna. Drzwi do niego były uchylone, ale to wcale nie tak, że miałem zamiar zerknąć. Jednak postać chłopaka przykuła mój wzrok, nawet jeśli tego nie planowałem. Zatrzymałem się, kiedy zdałem sobie sprawę jak kiepsko wygląda. Miał przymknięte oczy i oddychał wyraźnie ciężko. Oparty o biurko, pochylał się do przodu w znużony sposób. Sam nie wiem, kiedy znalazłem się w środku jego pokoju.
- Coś nie tak? - spytałem zwężając wzrok, kiedy nasze spojrzenia się spotkały. - Nie wyglądasz najlepiej.
- Nic mi nie jest - odpowiedział wymijającym tonem głosu.
- Kłamiesz - rzuciłem krótko.
Podszedłem bliżej niego. Odgarnąłem włosy z jego czoła i położyłem mu dłoń na czole. Tak jak przypuszczałem, był bardzo rozpalony.
- Masz gorączkę - powiedziałem z obawą. - Powinieneś pójść do lekarza.
- Zamierzasz robić za moja pielęgniarkę?
Nasze spojrzenia się spotkały, a on przybliżył swoją twarz jeszcze bliżej mojej. Jego oczy były zmęczone, ale wyraźnie walczył aby zachowały swój stanowczy charakter. Kiedy wpatrywał się tak we mnie poczułem, jak mój żołądek się kurczy. Szybkim ruchem zabrałem swoją dłoń i odwróciłem wzrok, odsuwając się nieznacznie.
- Zgłupiałeś - odpowiedziałem. - Jeśli chcesz, zamówię ci taksówkę do domu.
- Przyjechałem samochodem, ale jeśli uważasz, że nie jestem w stanie prowadzić możesz sam mnie odwieść. Jeśli chcesz...
Przekląłem w myślach. Wpadłem w pułapkę, którą sam nie zamierzenie sobie zastawiłem. Zagryzłem wargę. Nie mogłem go tak zostawić. Nie powinienem skazywać go na samodzielny powrót w takim stanie. Dobra, nawet nie chciałem.
- W porządku - powiedziałem starając się na obojętność. - Ubierz się ciepło. Zaczekam na parkingu.

***
<podkład> 

Kiedy dojechaliśmy do jego posiadłości okazało się, że w domu jest prawie pusto. Rodzice Jonghyuna wyjechali w jakąś podróż służbową a mąż Jungah także przebywał poza miastem.
- Przepracowujesz się - powiedziała raczej ostro, ostatnia z wymienionych. To była dla mnie nowość, widzieć ją w roli siostry a nie rozbawionej, kokietującej, kobiety. - Poszukam czegoś od przeziębienia a ty, Kibum, zaprowadź go do pokoju.
Wdrapaliśmy się po schodach a ja pomogłem mu zdjąć płaszcz i wierzchnie ubrania. Jungah przyniosła mu ciepły napój i jakieś leki. Po czym oczywiście wracając już do swojego naturalnego charakteru, uśmiechnęła się do mnie jednoznacznie i zostawiła nas samych, nie zważając na mój niemy protest.
Nakryłem go pościelą i odstawiłem kubek. Następnie poprawiłem jeszcze jego pościel i nie widząc żadnego powodu do dalszego przebywania przy nim, odwróciłem się i postanowiłem wyjść Nagle poczułem szarpnięcie do tyłu, kiedy chciałem zrobić krok do przodu. Zatrzymałem się zdezorientowany. Nacisk na moją koszulkę nie malał z każdą kolejną chwilą, jednak nie byłem w stanie odwrócić się w stronę jego inicjatora.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze? - spytałem, skrępowanym tonem głosu.
Światło z przedpokoju wpadało do słabo oświetlonego pokoju chłopaka. Duże balkonowe okna wpuszczały do środka światło księżyca z zimnego, nocnego nieba, przenikając się z ciepłem przytulanego wnętrza. Zapach jego rzeczy unosił się w nim jak cienka mgła. Serce zaczęło mocnieć kołatać w mojej piersi, ale umysł bronił się jeszcze, odganiając od siebie napierające na mnie zewsząd oddziaływanie Jonghyuna.
- Tak - odpowiedział, ochrypłym dźwiękiem wydobytym z krtani.
Przygryzłem wargę, przymykając na moment powieki i czując jak robi mi się gorąco. Dlaczego to uczucie czyniło tak wielkie spustoszenie w moim ciele i doprowadzało je do takiego szaleństwa? Unosiłem lekko dłoń do góry, próbując gestem dopomóc swojej idiotycznej próbie udawania, że wcale nie rozumiem czego ode mnie oczekuje.
- Chcesz żebym przyprowadził Jungah?
- Nie - powiedział, a moje serce stanęło, chyba równocześnie ze wszystkim wskazówkami w tym domu. - Chce żebyś ze mną został.
Poczułem jak puszcza skrawek materiału mojego ubrania i przenosi swoje place na mój nadgarstek, zmuszając mnie jednocześnie do lekkiego zwrócenia ciała w swoją stronę. Mój niepewny wzrok pozostał przez chwile niewzruszony, ale iskrzące oczy Jonghyun szybko przyciągnęły go w ich kierunku. Moje usta delikatnie się otworzyły, jednak nie wypowiedziałem przez nie żadnego słowa.
- Pamiętasz jak mówiłeś, że nie rozumiem na czym polega związek, bo nie chciałem dopuścić cię do swoich problemów? - spytał. - Teraz cię potrzebuje. Naucz mnie tego, czego nie potrafiłem zrozumieć. Pokaż mi jak wyglądałaby twoje miłość, gdybyś wtedy przy mnie został.
Spojrzałem w dół. Zjechał placami z mojego nadgarstka i splótł swoją dłoń z moją. Jego ciepła od gorączki skóra, rozgrzewała moje ciało. Wziąłem płytki wdech, wpatrując się w nasze palce. Położyłem swoją rękę na jego i odsunąłem od siebie. Wyglądał na zdezorientowanego, kiedy to zrobiłem a następnie zwróciłem się w stronę wyjścia z pokoju. Poczułem się niepoprawnie szczęśliwy, jego ostentacyjnie okazanym smutkiem z powodu mojego gestu. Odwrócony do niego plecami, pozwoliłem sobie na mały uśmiech. Po chwili przewróciłem oczami, śmiejąc się z samego siebie.
Podszedłem do włącznika światła i zmniejszyłem oświetlenie do jeszcze mniejszego, po czym przymknąłem drzwi. Wróciłem do niego i ostrożnie położyłem się po drugiej stronie łóżka. Naciągnąłem na siebie koc i sprawdziłem ponownie, jak miewa się jego gorączka. Spojrzał na mnie zaskoczony z powodu mojego początkowo sprzecznego zachowania.
- Ani słowa - uprzedziłem. - Żeby poczuć się lepiej powinieneś trochę się przespać.
Jonghyun był jednak bardziej chory niż się spodziewałem i nie minęło zbyt wiele czasu, jak przyszło mi oglądać jego spokojną twarz, porażoną w objęcia Morfeusza. Patrząc na nią przypomniałem sobie moją dzisiejszą rozmowę z Chujin.

To nie tak, że tego chce, ale powinienem być fair. W dniu, kiedy wreszcie osiągnąłeś swój pierwszy sukces, Jonghyun siedział na widowni podczas pokazu. Kiedy go dostrzegłem przez chwile ze sobą rozmawialiśmy tego wieczoru. Byłem zły. Myślałem, że znowu chce cię w jakiś sposób skrzywdzić. Jednak gdy spytałem go, co tu robi, on tylko się uśmiechnął i powiedział: Teraz wiem, że nie muszę już nic więcej robić. Opiekuj się nim.

- Mówiłem ci, że wszystko to co osiągnąłem w Nowym Jorku nie miało sensu, bo nie mogłem podzielić się tym z tobą - powiedziałem cicho. - Tymczasem ty dzieliłeś ze mną to szczęście, a ja nawet o tym nie wiedziałem.
Położyłem delikatnie palce na jego ramieniu. Czułem się w dużym stopniu jak egoista. Do tej pory liczyło się tylko to, co ja przez niego przeżyłem, jak bardzo cierpiałem i jak strasznie wszyscy powinni o tym wiedzieć. Ważne było tylko to, co ja czułem. Jednak czy zastanowiłem się nad tym, jak on się czuł? Oboje cierpieliśmy. Tylko, że ja miałem wokół siebie grono ludzi, które tego wysłuchiwało. On natomiast przez długi czas był sam. To musiało być dla niego ciężkie samemu borykać się z tym wszystkim, przez co przechodził. W moim wypadku to wyglądało inaczej. Ja go nienawidziłem, starałem się wyprzeć wszystko co było z nim związane z mojego serce i nauczyć się żyć bez niego. W tym samym czasie, on również starał się uczynić to samo ze mną. Jednakże czynił to kochając a nie nienawidząc. Wypierając uczucie i poświęcając się dla mnie, abym mógł żyć lepiej. Tak jak w jego oczach zasługiwałem. Tymczasem ja byłem hipokrytą i ani trochę nie myślałem o nim. Ostatecznie to nie dzięki sobie, ale dzięki niemu nauczyłem się jak żyć. Dlatego, że mnie kochał... Kochał... Czułem ukłucie zazdrości i jakiś rodzaj zwodu, że nigdy nie dane mi było usłyszeć od niego tych słów mimo, że takie były właśnie jego uczucia. Przysunąłem się jeszcze bliżej niego i pochyliłem nieznacznie.
- Jakby to brzmiało... - szepnąłem wpatrując się w jego usta, kiedy jakiś blask światła przebiegł po jego twarzy - gdybym mógł usłyszeć jak mówisz, że mnie kochasz?
Wypuściłem niewielką ilość powietrza, akompaniując odpowiedzi ciszy. Klatka piersiowa chłopaka, unosiła się lekko a jego zamknięte oczy nie zdobiła żadna zmarszczka niepokoju.
Położyłem głowę na górnej części poduszki, tuż nad jego. Spojrzałem przed siebie, przenikając ciemność nocnego nieba. Po czym przymknąłem powieki i powoli oddałem się chwili, która z każdą kolejną minutą stawała się zagadką, odpowiadającą na pytanie: Czy chciałbym zatrzymać ją na dłużej.. zatrzymać na zawsze?

***

Chłodne powietrze drażniło moją twarz. Schowałem nieznacznie swoją brodę w gruby szalik okręcony wokół mojej szyi. Woda nad rzeką płynęła spokojnie a odgłos wozów policyjnych rozchodził się długim echem z położonego kilometr dalej, starego domu mojej dawno zmarłej ciotki.
- Szybko mnie znalazłeś - powiedziałem, gdy Minho zrównał się ze mną, stając w niewielkiej odległości ode mnie.
- Jeśli tego nie chciałeś powinieneś zadbać lepiej o to, aby nie być tak oczywistym.
Mroźne powietrze sprawiło, że mój oddech wyglądał jak biała chmura na tle wody. Obróciłem głowę w stronę chłopaka, unosząc spojrzenie na jego twarz. Czując na sobie mój wzrok, Minho również na mnie spojrzał, po czym zwrócił się ciałem w moją stronę.
- Chcesz wiedzieć? - spytał nie kończąc, tak jakby pytał o coś całkiem oczywistego.
- Powiedz.
- Twój ojciec został aresztowany a matka na razie zatrzymana. Już skontaktowałem się z Onew a on przekazał wszystko twojej siostrze. Podejrzewam, że pojadą razem na komisar...
- Rozmawiałeś z nim? - przerwałem mu.
Minho na chwile zamilkł, słysząc moje pytanie. Po chwili przełamał jednak cisze.
- Nie - przyznał szczerze. - Kiedy stanieliśmy twarzą w twarz nie potrafiłem wydobyć z siebie słowa.
- Co teraz czujesz? - spytałem spokojnie.
- Jeśli chcesz wiedzieć, czy czuję ulgę... Nie zamierzam cię okłamywać, że tak jest. - Lekki wiatr przepłyną nad ziemią, kiedy mówił. -Wiesz, że nie oczekiwałem od ciebie czegoś takiego?
- Wiem. Jednak twoje odpowiedź na pytanie, które zadałem ci tamtej nocy uzmysłowiła mi, że mogę zrobić tylko jedno
- Powiedziałem...
- ... że nie żałujesz poznania osoby, która tak bardzo poruszył twoje serce - dokończyłem za niego. - Tylko widzisz, nawet jeśli tak odpowiedziałeś nie dodałeś ani, że potrafisz ani, że chcesz nadal być z tą osobą. Jednak to była tylko część w morzu przyczyn, dla których to zrobiłem. Tak naprawdę uczyniłem to przede wszystkim dla siebie. Nie miałem z góry nastawionej nadziei na to, że to się skończy tak jak się skończyło, bo nie to był mój cel. Zrobiłem to, aby poczuć wreszcie, że postępuje słusznie i uwolnić się od obowiązku bycia przyczyną tego wszystkiego.
- Taemin... - powiedział Minho. - Czujesz więc ulgę, jaką pragnąłeś zaznać?
Dźwięki syren nikły w oddali i z każdym kolejnym momentem, przestrzeń stawała się coraz cichsza, aż w końcu było słychać juz tylko odgłosy natury. Wyjąłem dłonie z kieszeni płaszcza i odwróciłem się całkowicie w stronę chłopaka.
- Znasz odpowiedź na to pytanie, lepiej niż ja - powiedziałem, mieszając moje słowa z bezszelestnym dźwiękiem jego oddechu. - Dlatego chce żebyś wysłuchał czegoś innego. - nasze spojrzenia się przeniknęły, a czas przetarł przestrzeń między nami, jakby nagle przestał się liczyć. - Kiedy byłem z tobą, zabierałeś mnie właśnie tam, gdzie prowadziły mnie nocą moje marzenia senne. Rzeczywistość zacierała się z każdym twoim nowym oddechem na mojej szyi. Było romantycznie, delikatnie, tak pięknie, że aż zapierało dech w piersiach. Zupełnie tak, jak w tych wszystkich filmach romantycznych. A ja myślałem tylko o tym, że może to jest właśnie to. Mój czas na miłość. Tylko wciąż nie odstępowała mnie na krok jedna, nieustępliwa myśl: Czy Lee Taemin jest kimś, kto potrafi kochać nie krzywdząc? Aż w końcu, pewnego dnia, ta bajka jaką z tobą przeżyłem skończyła się. Odpowiedź na moje pytanie dosięgła mnie szybciej, niż zdążyłem zrozumieć na czym tak naprawdę polega miłość. A teraz jesteśmy tu, w miejscu, gdzie to wszystko się zaczęło. Nad rzeką, gdzie kilkanaście lat temu się poznaliśmy. Stoimy na trawie, na której siedzieliśmy, kiedy byliśmy mali. Oddychamy powietrzem, które przechodziło przez nasze płuca, gdy śmieliśmy się z najbardziej banalnych rzeczy. Stoimy tu po dwóch rozstaniach, które zgotował nam los. Po dwóch spotkaniach, którymi ten sam los przeciął nasze drogi. A mimo to, tak wiele w tym miejscu wygląda jak dawniej. Tylko pogoda jest inna. Tylko ludzie nie są już tacy sami. - Na chwile zamilkliśmy, a po niekończącej się teraźniejszości, wypowiedziałem ostatnie zdanie. - Więc, Choi Minho... Co powinniśmy teraz uczynić?

piątek, 4 października 2013

Czy wierzysz w życie po miłości?

Już z daleka widziałem samochód Onewa, zaparkowany przy bramie wjazdowej do naszego domu. Podszedłem do niego i z lekką niechęcią zapukałem w szybę. Chłopak prawie podskoczył, kiedy to zrobiłem. Spojrzał na mnie zdziwiony i otworzył drzwi samochodu.
- Musimy porozmawiać - rzuciłem oschle.
Naprawdę starałem się jak mogłem, panować nad swoimi obiekcjami względem niego. Jednak praktyka czyniła to trudniejszym, niż się spodziewałem. Szczególnie teraz, musiałem postarać się zaufać temu policjantowi.
Nie oglądając się za siebie, ruszyłem do domu. Chłopak jednak posłusznie poszedł za mną. Sooyung wyszła już do szkoły, więc miałem dużą swobodę w operowaniu językiem. Usiedliśmy w salonie, naprzeciw siebie. Onew był wyraźnie ostrożny i widziałem, że nie łatwo będzie mi przekonać go do tego, co planowałem zrobić. Rozsiadłem się wygodnie na kanapie, próbując przybrać jak najbardziej nieustraszoną pozę.
- Wyjeżdżam z miasta na dwa dni - powiedziałem pewnie.
Chłopak uniósł ku górze brew i oparł łokcie na swoich kolanach, pochylając się ku mnie.
- Wiesz, że nie możesz.
- Wiem - zmierzyłem go wzrokiem. - Stąd ta rozmowa.
Onew stał się nie tyle zaskoczony, co niedowierzający. Za pewne myślał sobie, jak niby mam zamiar przekonać go do zezwolenia mi na wyjazd. Jednak ja wiedziałem, czym powinienem zagrać, aby już na początku uciąć wszystkie jego wywyższające się nade mną spekulacje.
- Co czujesz do mojej siostry? - spytałem znacząco.
- To szantaż - powiedział, odwracając lekko wzrok.
- Daj mi 24 godziny. Potem możesz zrobić co zechcesz.
Onew przyjrzał mi się uważnie.
- 24 godziny...
- Jeśli się zgodzisz, przestanę zabraniać mojej siostrze widywać się z tobą.
To już bardziej go zaciekawiło.
- Mogę chociaż wiedzieć, co chcesz zrobić?
- Nie.
Wstałem i zmierzyłem go oczekującym spojrzeniem.
- Tylko 24 godziny - powtórzył Onew.
- Niczego więcej nie oczekuje. Powiedz Sooyung, że będę nocował u Kibuma. Nie powinna dociekać, dlaczego ani kiedy wrócę.
Narzuciłem na siebie kurtkę i zabrałem ze stoły kluczyki do samochodu mojej matki.
- Zabieram teczkę z dokumentami, które znalazłeś z Sooyung.
- Chyba nie powinieneś mnie o tym informować - stwierdził zdziwiony.
- Mówię ci to na wypadek, gdybyś nie zamierzał zacząć mnie szukać - rzuciłem zimno.
Onew zaśmiał się i podrapał po głowie.
- Od kiedy cię poznałem, zachodzę w głowę, co takiego przyciągającego widzi w tobie Minho? Poza tym, że jesteś opryskliwy i niemiły, nie znajduje w tobie żadnych zalet charakteru.
Nie odpowiedziałem na jego ostatnie zdanie. Opuściłem dom i wsiadłem do samochodu, ruszając przed siebie.

***

Nie miałem ochoty iść do firmy państwa Kim, ale byłem związany umową. Musiałem doglądać prac nad szyciem ubrań i składać zwięzłe raporty na temat ich przebiegu. Jak zwykle, przed wejściem do budynku, ściskało mnie w żołądku. Sam nie wiem, czy bardziej bałem się spotkania głównych szych KimCompany, czy tego z jakim nastawieniem zawsze z niej wychodziłem. Jednak tym razem spotkało mnie coś o wiele gorszego.
- Chujin,? - spytałem drżącym głosem, kiedy stanąłem z nim twarzą w twarz, zaraz po wejściu do gabinetu Jungah.
Kobieta rozłożyła ręce w geście niewinności, ale wyglądała wyraźnie na bardziej niż zadowoloną.
- Zostawiłeś jedną z teczek w domu - powiedział chłodno chłopak, za nim zdążyłem zapytać co tu robi. - Nie mogłem się do ciebie dodzwonić, ale znalazłem adres firmy, w której pracujesz. Chciałem dostarczyć ci ją osobiście, jadąc przy okazji do pracy.
Otworzyłem usta, ale nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Czułem jak straszne przerażenia zaczyna ogarniać mnie i dusić od środka.
- Chyba powinniście porozmawiać - powiedziała Jungah tym swoim kokieteryjnym głosem, co w połączeniu z naszą sytuacją, dało bardzo ironiczny wydźwięk.
Ominęła Chujin i tańczącym krokiem zatrzymała się przy moim boku.
- Kibum, przywiozłam ci prezent z Europy - powiedziała uśmiechając się, tak jakby jej błahe w tej chwili zdanie, wcale nie było nie na miejscu. - Wpadnij do mnie później.
Obejrzała się ostatni raz na mojego chłopaka i wyszła ze swojego biura.
- Nie mów, że jest ci przykro skoro wcale tak nie jest - powiedział na jednym wdechu Chujin.
Jego spojrzenie przeszyło mnie na wylot. Mój przestraszony wzrok, ani trochę nie wywołał w nim litości.
- Zrobiłeś to, żeby być bliżej niego? - spytał kontrolując się, aby nie podnieść głosu.
- Oczywiście, że nie! - broniłem się. - To nie tak! Daj mi to wytłumaczyć!
- Mam cię wysłuchać? - spytał  wyraźnie rozbawiony w niezbyt przyjemny sposób. - Uważasz, że po tym co zrobiłeś jestem w stanie uwierzyć w to co powiesz?
- Wiem, że nie mam prawa o to prosić, ale jednak... proszę. Masz racje, nie żałuje tego, ale mam powód.
Zagryzłem wargę, nie wiedząc jak wytłumaczyć się z tego, co się wydarzyło. Jednak Chuijn poją szybciej całą tą sytuacje. Usiadł na kanapie i przyłożył dłoń do czoła.
- To tu dostałeś tak szybko pieniądze na operacje matki - powiedział, nareszcie wszystko ze sobą łącząc. - Powinienem był od razu skapować, że za łatwo ci wtedy poszło.
- Przeprasza... - szepnąłem.
- Czy coś łączy cię z Jonghyunem.
Zamilkłem jak na zawołanie zbyt jasno pokazując to, że wymyślam teraz kłamstwo.
- Nie wierze... - powiedział kręcąc głową. - To wszystko... Muszę jechać do pracy.
Złapał swoją teczkę i prawie wybiegł z pomieszczenia.
- Zaczekaj! - krzyknąłem, spiesząc za nim.
- Panie Kim, mam nadzieje, że nasza współpraca przebiegnie pomyślnie - usłyszałem na korytarzu głos Jungah.
- Ja także - odpowiedział jej miło czyjś szorstki głos.
Zatrzymałem się z na wpół łapiąc Chujin, za brzeg kurtki i na wpół wlepiając wzrok w mężczyznę rozmawiającego z siostrą Jonghyuna. Moje źrenice się rozszerzyły a ból w klatce piersiowej osiągną najwyższe stadium. Zwróciłem uwagę nowego wspólnika firmy, który równocześnie ze mną zamarł. A potem zapadła długa jak wieczność cisza.

***

Wyszliśmy przed drzwi wejściowe, prowadzące do budynku. Odruchowo skuliłem się w sobie,  z powodu nagłego przypływu zimna. Albo tak sobie tylko wmawiałem, żeby nie przyznać jak ciężko się w tej chwili czułem.
Mężczyzna w kapeluszu zapalił papierosa i głęboko się nim zaciągnął. Kiedy wypuścił dym z ust, miałem wrażenie, jakbym znów miał 6 lat. Zamglona przestrzeń przed moimi oczami w łatwy i dotkliwy sposób przypomniała mi to, co upychałem w swojej głowie w najczarniejsze jej kąty.
- Wszystko u ciebie w porządku? - spytał męzczyzna, między obserwowaniem ulicy i poprawianiem płaszcza.
Nie wyglądał na ani trochę zainteresowanego tym, o co pytał. Nawet nie miał ochoty na mnie spojrzeć. Zacisnąłem usta, również odwracając wzrok. Włożyłem dłonie do kieszeni spodni i syknąłem cicho, sam do siebie, aby rozładować złość.
- Myślisz, że jak raz byłeś u mojej mamy w szpitalu to jesteś świętym? - spytałem twardo, wypowiadając każdy wyraz, jaki do niego kierowałem, z jak największą złością. Jakiś mięsień na jego twarzy drgnął, gdy usłyszał moje słowa. - Miałem nie wiedzieć, co? Próbowała mi wmówić, że odwiedziła ją ciotka. Jednak to jak wyglądała, kiedy o tym mówiła... Zawsze wygląda tak samo, gdy kłamie na twój temat.
Przez chwile nic nie mówił, a ja czułem przez to jeszcze większą wściekłość. Zawsze taki był. Najważniejsze były jego pytania i jego zachcianki. Sam nigdy nie słuchał. Nigdy nie próbował nawet zrozumieć.
- Czuje się już lepiej?
- Błagam... Jak cholernie długo jej nie widziałeś? - zdenerwowałem się. - Nie wierze, że to naprawdę ma dla ciebie znaczenie.
- Potrzebujesz jakiś pieniędzy? - zmienił temat unikając konfrontacji.
- Pieniądze... - zaśmiałem się gorzko. Spojrzałem na niego, ale on jak zwykle uciekł swoim wzorkiem. - Przez ponad 20 lat nie chciałem od ciebie żadnych pieniędzy. Chyba nie myślisz, że nagle zmieniłem zdanie.
- W porządku.
- W porządku!? - krzyknąłem.
- Ja... śpieszę się - powiedział równie szybko, jak zmieniał naszą rozmowę. - Jeśli będziesz czegoś potrzebował, zadzwoń.
Nawet nie zdążyłem odpowiedzieć a on juz pakował się do taksówki. Ciemne auto śmignęło przed moimi oczami, jakby było tylko ciemną plamą zostającą na ulicy, po ulewie. Prawie upadłem, kiedy to wszystko co się przed chwilą wydarzyło, do mnie dotarło.
- Kibum? - usłyszałem przy sobie głos Chujin.
Zatrzęsłem się z zimna, które opanowało moje ciało z jeszcze większą siłą. Zdusiłem w sobie szloch, który próbował się wyrwać z moich ust. Kolejne łzy spłynęły po moich policzkach.
- Chuij... - wyjąkałem drżącym głosem. - Mogę się do ciebie przytulić?
Czułem, że już za chwile rozpadnę się na małe kawałeczki a moje zimna poza, runie jak kurtyna po zakończonym przestawieniu. Było mi tak smutno, tak słabo, tak ciężko. I tak bardzo bolało mnie serce. Wiedziałem, że Chuij ma w tej chwili prawo olać mnie jak największego dupka na świecie. W tej chwili byłem nawet pewien, że to zrobi. Jednak, gdy zobaczyłam jak otwiera przede mną swoje ramiona dziękowałem, że znalazłem miejsce, w którym mogłem skończyć moje ostatnie spotkanie i pozwolić swobodnie płynąć łzom.

***

Dom wyglądał tak jak go zapamiętałam. Duży, pomalowany w pastelowe kolory, otoczony kwiatami i szeroko rozciągającymi się gałęziami drzew. Zapach dzieciństwa unosił się od ogrodu aż po ścieżkę prowadzącą nad rzekę. Przywoływał lata, kiedy jeszcze tliła się w naszej rodzinie ostatnia iskierka rodzicielskiej miłości.
Choć w tej chwili otaczały go opadające liście, a powietrze niosło ze sobą chłodny dotyk nadciągającej zimy, to nadal było to jedno z niewielu miejsc na tym świecie, gdzie czułem ciepło. To drugie miejsce, w którym czułem te same uczucia, było w tej chwili bardzo daleko. A jednak dziś stałem tutaj właśnie z jego przyczyny. Dawno temu, obydwa z nich znajdowały się w tym samym położeniu - tuż przy moim boku. Z perspektywy czasu nie wiem, jak potrafiłem wtedy znieść tak wiele szczęścia, które posiadałem jednocześnie.
Matka stała oparta o konar jednego z drzew i spoglądała zmartwionym wzrokiem w niebo. Potarła dłonie o siebie by następnie włożyć je w kieszeni kurtki. Wiatr delikatnie bawił się jej długimi włosami. Choć twarz wyglądała na bardzo zmęczoną, ona sama wciąż miała w sobie to piękno zewnętrzne z młodości.
Otworzyły się drzwi wejściowe i wyszedł z nich mój ojciec. Jeden z jego ochroniarzy opuścił pomieszczenie tuż za nim. Skierował się w stronę rzeki ale kiedy nasze spojrzenia spotkały się, przystanął zaskoczony. Ojciec ponaglił go podniesionym tonem głosu, ale kiedy jego wzrok przeniósł się w miejsce, które zatrzymało mężczyznę, zamilkł.

***

- Jak długo zamierzałeś się tu ukrywać? - spytałem, czując jak gorący napój paruje na mnie ze stolika. Było mi zimno, ale nie chciałem nawet tknąć jego cuchnącej na kilometr, próby zmiany mojego nastroju. - Sooyung znalazła teczkę  z dokumentami. Podobno sprzedałeś ten dom, ale kiepsko to zafałszowałeś. Myślisz, że przepisanie go na jedno z twoich ludzi długo pozostałoby niezauważone? Co chciałeś dalej zrobić?
- Miałem zamiar zakopać pod ziemie moją współpracę z gangiem a potem zgromadzić wszystkie potrzebne dokumenty dla naszej rodziny a następnie przeprowadzić się do Europy.
- Przeprowadzić? - zakpiłem. - Chyba uciec. A twoje sprzątanie po sobie sprawiło, że prawie zostałem zabity.
- Wiem... - szepnął. - Tak mi przykro.
Spojrzałem w jego błagające mnie oczy i dłoń splecioną z dłonią mojej matki. Westchnąłem, po czym spojrzałem mu prosto w oczy.
- Każde z nas kocha naszą rodzinę na ten pokręcony sposób, którego żadne z nas nie potrafi okazać, ale ja nie chce już dłużej tak żyć - spojrzałem za zegarek - za kilka godzin zacznie szukać mnie policja. Masz dwa wyjścia. Albo spakujesz się i uciekniesz jak najdalej będziesz w stanie. Albo udowodnisz mi, że wszystko co do tej pory robiłeś, czyniłeś dlatego, że ci na nas zależało i oddasz się w ręce policji, pozwalając nam wreszcie to wszystko zakończyć. - podniosłem się z miejsca. - Dwa wyjścia. Zakończ to jak chcesz. Niech to będzie twój, nie Sooyung, nie matki i nie mój, ale twój wybór.
___________
Wiem, kiepskie. Nie mogłam ruszyć dalej więc musicie przetrawić to co napisałam a obiecuje, że dalej będzie lepiej.

Napisałam one shot z TaeJongHo w roli głównej. To trochę eksperymentalna historia, bo jest dość mocna w pewnych sprawach, co nie zdarza mi się często, bo jak powinniście zauważyć po opowiadaniu - raczej ze mnie romantyczka. Wiem, że po takim rozdziale nie mam co liczyć, na wasze komentarze, więc może zachęcę was pewną propozycją. Jeśli doczekam się od was 5 sensownych komentarzy to obiecuje wstawić ten one shot na bloga.

poniedziałek, 30 września 2013

Kilka informacji.

Wiem, że to nie post na jaki czekacie. Przepraszam, ale nie napisałam jeszcze do końca następnego rozdziału. Przychodzę więc do was z prośbą o czas i profilem mojego bloga na facebooku <klik>. W miarę możliwości będę was na nim informować o postępach mojej pracy pisarskiej, nowych rozdziałach i różnych innych spostrzeżeniach. Będzie się zdarzać też tak, że mogą zamieścić na nim pytania dotyczące opowiadania. Liczę więc, że podpowiecie mi parę rzeczy i pomożecie sprawić, aby moje teksty stały się lepsze. A jeśli zechcecie podzielić się prywatną uwagą, z chęcią odpiszę na wasze wiadomości. :)

sobota, 7 września 2013

2min: Nie potrafię być taki jak Jonghyun. Próbowałem, ale nie umiem. Nie potrafię odejść mimo, że wiem, jakie cierpienie na ciebie sprowadzam.

Minęło już kilka dni, od kiedy zostaliśmy wypuszczeni i oczyszczeni z zarzutów. Zdecydowaliśmy się wrócić do domu, w którym czekało na nas dużo sprzątania i załatwiania wielu innych formalności. Kiedy dostałem już swobodę, korzystania z konta bankowego, okazało się, że poza pieniędzmi, jakie zarobiłem pracując i ucząc się za granicą, znajduje się na nim, o wiele, wiele, większa suma. Nie potrafiłem zrozumieć postępowania ojca, ale byłem pewien, że to on dokonał tego przelewu. Gdy spytałem w banku, o datę jego nadania, okazało się, że było to tego dnia, kiedy to całe piekło zaczęło się w naszym życiu. Nie chciałem tych pieniędzy, ale z drugiej strony, dzięki nim, byliśmy ustawienie na naprawdę długi czas. Więc jeśli nie dla mnie, potrzebowałem ich dla Sooyung.
Kibum pomógł nam na nowo zaaklimatyzować się we własnym domu. Zresztą przebywał u nas ostatnimi czasy bardzo często. Po incydencie, jaki wydarzył się w noc ślubu Jungah, nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Ciężko wychodziło mu przede wszystkim unikanie Chunjina.
Podniosłem się z lóżka, wzdychając ciężko. Wyszedłem z pokoju i udałem się do kuchni. Zapaliłem światło, usiadłem na krześle przy ladzie, i zrobiłem sobie herbatę.
- Nie możesz spać?
Spojrzałem na Sooyung, która schodziła właśnie po schodach, przeczesując dłonią włosy. Moja nocna wędrówka musiała ją obudzić. Podeszła do mnie i uśmiechnęła się lekko.
- Tak jakoś - odpowiedziałem cicho.
To zabawne. Kiedy przebywałem w domu Minho, nie było nocy, której bym nie przespał. Często zasypiałem w bardzo skrajnym nastroju, ale zawsze z sukcesem. Tymczasem, od kiedy znowu śpię w swoim domu, w moim własnym łóżku, nie potrafię zasnąć na dłużej, niż pół godziny. Zawsze, po tym krótkim oderwaniu się od świata, budzę się niespokojny i zły. Myślałem, że gdy uwolnię się, od chociaż małego kawałka, tego przeklętego śledztwa, będę mógł znów oddychać jak dawniej. Tymczasem jest zupełnie inaczej. To było ciężkie do zniesienia, że nie czułem żadnej ulgi, lub chociaż cząstki spokoju, będąc wolnym od zarzutów i całodobowego nadzoru. No... powiedzmy, że prawie wolnym.
Sooyung również zrobiła sobie herbatę. Wzięła do ręki kubek i spojrzała przez okno. Westchnęła lekko, przytulając kubek do swojego ciała. Bardzo dobrze wiedziałem, o czym teraz myślała. Pokręciłem lekko głową, przymykając na chwile oczy. Tymczasem ona, usiadła na skraju parapetu i oparła głowę o szybę. Nie potrafiłem zrozumieć przywiązania, jakim tak nagle i tak mocno, obdarzyła Onewa. Chłopak został przydzielony do obserwowania naszego domu, na wypadek, gdyby nasz ojciec miał zamiar tu wrócić. To właśnie miałem na myśli, mówiąc "prawie wolny", bo nadal byliśmy obserwowania, tylko już na innych zasadach. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, Sooyung wyraźnie spodobał się ten fakt. Czułem się dziwnie patrząc, jak zerka co chwile, w jego stronę i jak jej uśmiech się pogłębia, gdy zobaczy jak ten robi coś zabawnego lub gdy ich spojrzenia się spotykają. Key powiedział mi, że reaguje tak, bo jestem o nią zazdrosny. To zawsze ja byłem jej najbliższy. Byłem jedynym chłopakiem w jej życiu. A teraz, to zaczęło się powoli zmieniać. Wiedziała, jak bardzo nie lubiłem Onewa i całej reszty policjantów, pracujących nad naszą sprawą, więc była rozbita. Nie rozumiała moich argumentów, ale czuła się ze mną na tyle związana, że nie potrafiła temu zaprotestować. Więc, gdy byłem w domu, nie zbliżała się do niego. Podejrzewałem jednak, że kiedy wychodziłem, łamała te zasadę z szybkością światła.
- Na dworze jest zimno - szepnęła niby o niczym i niby sama do siebie, ale dobrze wiedziałem, że to zdanie miało dotrzeć właśnie do moich uszu.
- W samochodzie ma ogrzewanie - rzuciłem sucho.
- A za oknem ciemną, szarą, ulicę.
Westchnąłem ostentacyjnie. Nie potrafiłem już dłużej, każdego dnia, prowadzić z nią takich rozmów na jego temat. Wiedziałem, że nie zatrzymam jej przy sobie na zawsze. Jeśli Onew sprawiał, że Sooyung była szczęśliwa, to jakie miałem prawo żądać, aby trzymała się od niego z daleka? Nie długo kończyła już 18 lat. Kiedy ja byłem  w jej wieku... Cóż, chyba była o wiele grzeczniejsza, niż ja w jej wieku. Poza tym, czy tego chciałem, czy nie, Onew w pełnym rozliczeniu był nieszkodliwy. Nawet jeśli patrzył na nią, jak na kobietę, nie wydawał się mieć zamiaru jej wykorzystać.
Wyciągnąłem trzeci kubek. Zaparzyłem kawę i przesunąłem naczynie po ladzie, w jej stronę. Spojrzała na mnie, przez chwile nic nie rozumiejąc. Jednak szybko, jej zdziwienie, zastąpił szeroki, pełen radości, uśmiech.
- Na prawdę mogę? - pisnęła, prawie podskakując.
- Lepiej zrób to szybko, bo się rozmyśle.. - powiedziałem, odwracając wzrok.
- Dziękuje!
Pobiegła do korytarza i narzuciła na siebie kurtkę. Po czym przytuliła mnie pośpiesznie, wzięła do ręki gorący napój i wybiegła z domu. Wyjrzałem przez okno, przez które dopiero, co patrzyła. Przemierzyła z prędkością światła, chodnik wiodący do naszych drzwi. Onew był zaskoczony jej nagłą wizytą i nie potrafił ukryć lekkiego zawstydzenia, które wkradło się na jego twarz.
Odszedłem od okna i wszedłem ponownie na górę, aby wziąć prysznic. Ciepły strumień zetknął się z moim ciałem, przynosząc mu chwilowe ocieplenie. Odgarnąłem włosy z twarzy i zamknąłem oczy, kierując ją w stronę wody. Kiedy to zrobiłem, doszedł mnie bardzo znajomy obraz. Taki sam, który widziałem zawsze, przez te pół godziny, gdy spałem. To pewnie był jeden z tych powodów, dla których tak szybo się budziłem. Tym razem jednak, pozwoliłem temu widokowi, zatrzymać się przy mnie na chwile. Otoczyłem dłońmi ramiona, tworząc iluzje uścisku. Wyobraziłem sobie, jak jego ręce, obejmują w tej chwili moje ciało, a jego szept, miesza się z szumem płynącej wody. Jego palce, powoli przesuwają się w dół po moich plecach, a potem ponownie w górę, tworząc wzdłuż nich, tylko jemu znany szlak. Przysuwa mnie do siebie bliżej i wplata dłoń w moje włosy, unosząc je nieznacznie. Następnie odchyla moją głowę w bok, a jego gorące usta, stykają się z moją skórą, w miejscu zagięcia, między szyją i ramieniem.
Odetchnąłem niespokojnie dusznym, gorącym powietrzem. Obróciłem się powoli i przytuliłem policzek do szyby kabiny. A jego ciało przylgnęło do mojego, przyciskając mnie do niej jeszcze bardziej. Gęste, parująca przestrzeń, dawała mi łatwiejszą możliwość, wyobrażenia go sobie, tuż obok mnie. Wiedziałem jednak, że nawet najlepiej wykreowana fantazja, nie będzie w stanie zastąpić mi prawdziwego dotyku. Dlatego właśnie, zawsze po takich chwilach, czułem to samo. Za każdym razem, zostawał ten sam, palący niedosyt, którego już jednak nie potrafiłem, w żaden sposób ugasić swoją iluzją.
Wyszedłem z kabiny. Narzuciłem na siebie ręcznik i przetarłem twarz. Stanąłem naprzeciw lustra i oparłem się dłońmi o szafkę. Kropelki wody, skapywały z moich włosów do umywalki. To było szalone. Nienormalne. Nie możliwe do spełnienia. Dlaczego więc cięgle wracało, skoro mój umysł stawiał mu mocne, niezaprzeczalne argumenty, że nie może zaistnieć? Czułem zarówno psychiczny, jak i fizyczny ból, kiedy o tym myślałem. Jak gdyby to, że nie jestem teraz obok niego, nie miało żadnego znaczenia.
Przypomniał mi się wieczór, gdy Minho został przeze mnie ranny. Zamknął mi wtedy obręcz kajdanek na nadgarstku, po czym nakazał zrobić to samo, z jego. Tej nocy, czułem się tak, jakby to nie było tylko symboliczne związanie nas razem. Choć to było bolesne, przykuwając się do niego, czułem się tak, jakbym znajdował się na właściwym miejscu. Tym, do którego właśnie należę. Miejscu przy jego boku. Takiemu, od którego nie będę się w stanie uwolnić. Od którego nigdy nie znajdę ucieczki. To irracjonalne, że wciąż czułem na nadgarstku te zimną stal mimo, że już dawno na nim nie była.
Nie chciałem takiego życia. Nie pragnąłem obcowania wciąż i wciąż, na nowo, z tą samą niezaspokojoną frustracją! Rzuciłem ręcznikiem w swoje odbicie w lustrze i wyszedłem z łazienki. Może i byłem żałosny, ale na pewno nie bezbronny. Skoro moje serce chciało walczyć, to dostanie to, czego chce.
Ubrałem się w najbardziej obcisłe spodnie, jakie znalazłem w swojej szafie, i równie wyzywający t-shirt. Upiąłem włosy, w niedbały kok z tyłu głowy i użyłem na sobie chyba wszystkiego w swoim pokoju, co pachniało najbardziej zachęcająco i pociągająco. Korzystając z okazji, że Onew był zajęty Sooyung, wymknąłem się tak, że udało mi się uniknąć niewygodnych pytań, gdzie zamierzam wyjść o tej porze. Zegarek wskazywał około wpół do drugiej. Po drodze do centrum miasta, wypiłem jakiś wysoko procentowy alkohol, który kupiłem na stacji benzynowej. Szybko, mój kiepski humor, zmienił się w pewny siebie i wyluzowany. Kiedy skończyłem pić, rzuciłem szklaną butelką o chodnik, powodując spory hałas. Jednak, boczne uliczki, nie były na tyle tłoczne, aby ktoś zwrócił mi za to uwagę. Przeczesałem dłonią włosy, uśmiechając się kpiarsko sam do siebie. W końcu dotarłem do najbardziej, w moim mniemaniu, dużego i kontrowersyjnego klubu. Wyglądałem na bardzo wstawionego, więc ochroniarz miał przez chwile obiekcje, na temat tego, czy powinien mnie wpuszczać. Szczególnie, że w jego ocenie, byłem zbyt młody i zbyt niewinny, przez co ktoś mógłby mnie tam w środku wykorzystać. Jednak, kiedy zaśmiałem się ironicznie i powiedziałem mu, że przyszedłem tu właśnie w takim celu, o jakim mówił, nie oponował dłużej.
W klubie szybko dałem ponieść się muzyce. Przymknąłem oczy i zacząłem wodzić dłońmi po swoim ciele. Dawno nie tańczyłem, ale w tej chwili nie zależało mi na tym, aby być najlepszym w tej sali, pod względem technicznym. Chciałem być jedynie najbardziej gorącym i seksownym towarem, jaki ruszał się w tym momencie na parkiecie - jakkolwiek przedmiotowo to nie brzmiało. Nie czekałem długo. Szybko poczułem obce dłonie, przesuwające się po moim ciele. Czyjś oddech owiał moje ucho i ktoś szepnął mi coś niedwuznacznego. Nie bardzo zrozumiałem to, co mi powiedział, ale z tonu głosu, rozpoznałem w tym czymś komplement. Obróciłem się do tej osoby przodem, ale nie po to, aby oceniać jej wygląd. Nie zależało mi na prezencji tego chłopaka, tylko na tym, żeby się ze mną pieprzył. Nie musiałem nawet używać słów, bo siła bijąca z moich oczu, szybko uświadomiła mu, czego od niego chce.
Toaleta, w której znaleźliśmy się chwile później, miał w sobie jednak więcej minusów niż plusów. Było ciasna, duszna i wilgotna, więc z prędkością światła, przypomniała mi moją dzisiejszą wycieczkę, do świata wyobraźni, którą zafundowałem sobie po prysznicem. Kiedy odruchowo zamknąłem oczu, próbując odnaleźć w dotyku tego obcego chłopaka przyjemność, szybko dogonił mnie obraz Minho. Jego mocnych dłoni, przyciskających mnie do ściany i ust, całujących tak, jakbym był najbardziej zniewalającym smakiem, jakiego próbował w swoim życiu. Odwróciłem twarz, łapiąc oddech. Poczułem, jak wcześniejsza słabość, znowu mnie dogania. Przytłoczony wizualizacją, jakiej doświadczałem po zamknięciu oczu, przekląłem głośno. Zmuszony do ucieczki, otworzyłem powieki i zacząłem otaczać wzrokiem chłopaka, który mnie dotykał. Miałem nadzieje, że znajdę w nim coś interesującego, co przyciągnie moje myśli. Jednak po raz kolejny się zawiodłem, a ucisk w moim sercu, tylko przybrał na sile. Nic w jego blond włosach ani napakowanej sylwetce, w żaden sposób mną nie poruszyło. W akcie desperacji, zmusiłem się do złączenia naszych ust razem, ale jedyne, co poczułem, to niechęć. Wściekły, odepchnąłem go od siebie. Otworzyłem raptownie drzwi kabiny i wybiegłem z pomieszczenia. Słyszałem za sobą jakieś krzyki, ale zignorowałem je. Wpadłem do sali, szukając wyjścia. Przepychałem się przez tłum ludzi. Co chwile na kogoś wpadałem. Światła na parkiecie, utrudniały mi widok, a dym ograniczał oddychanie. Upadłem na kolana, po raz kolejny na kogoś wpadając. Przymknąłem powieki i zacisnąłem usta, próbując się podnieść. Ktoś pociągnął mnie za rękę ku górze i próbował do siebie przytulić. Wyrwałem się bezradnie z jego uścisku, biegnąć dalej przed siebie. W końcu udało mi się opuścić ściany klubu.
Nie wiem jak długo szedłem, ale byłem zmęczony i kręciło mi się w głowie. Oparłem się o najbliższą ścianę jakiegoś budynku i wziąłem głęboki oddech. Obraz przed moimi oczami, wciąż lekko mi jeszcze wirował. Minęło mnie kilku kolesi, którzy głośno krzyczeli i palili papierosy. Zrobiło mi się niedobrze, kiedy doszedł do mnie ich zapach. Odwróciłem twarz od ulicy i przyłożyłem policzek, do chłodnego muru. Kiedy wreszcie udało mi zacząć myśleć w miarę trzeźwo, przesunąłem wzrokiem po ścianie, przy której stałem. Spojrzałem w górę i napotkałem dziwnie znajomy napis na szyldzie. Night Paradise. Zwęziłem spojrzenie, zwilżając spierzchnięte usta. To chyba bar, do którego zaprowadził mnie kiedyś Minho. Nie wiedząc, co ze sobą dalej zrobić, postanowiłem wejść do środka.
Wewnątrz nie było zbyt wielu klientów. Zresztą pora była też raczej późna. Mój wzrok od razu przykuł barman, którego rozpoznałem z mojej ostatniej wizyty. Przeniósł na mnie swoje spojrzenie, odruchowo sprawdzając, kto wszedł do baru. Tak jak tamtego dnia, momentalnie mnie rozpoznał. Poczułem się dziwnie, uświadamiając sobie mój niezbyt stosowny wygląd, więc poprawiłem chociaż swoje włosy. Podszedłem do niego, a on uśmiechnął się promiennie.
- Co cię tutaj sprowadza o tej porze, Taemin?
- Byłem w okolicy - odpowiedziałem niepewnie.
- Kawy? - zaoferował się, a ja przytaknąłem, mając nadzieje, że poczuje się po niej choć trochę lepiej.
Kiedy usiadłem przy ladzie i dostałem swój kubek, Andres wyraźnie nie zamierzał dać mi spokoju, zajmując się swoją pracą. Ogrzałem dłonie, opalając palcami ciepłe naczynie i spojrzałem na niego.
- Ty i Minho, jesteście do siebie bardziej podobni, niż zdajecie sobie z tego sprawę - powiedział bez pardonu.
Przymknąłem na chwile oczy, aby się uspokoić. Byłem już lekko poirytowany. Jednak przestałem się spodziewać, że tej długiej nocy, spotka mnie jeszcze coś z nim nie niezwiązanego.
- Zdziwiłbyś się... - mruknąłem.
- Oboje wpadacie do mnie, kiedy jesteście totalnymi wrakami człowieka i nie macie w sobie nic z optymizmu.
- Zbieg okoliczności.
- I jesteście uparci - dodał, śmiejąc się. - Gdybyście nie byli, już dawno bylibyście razem.
- To nie takie proste - uśmiechnąłem się ironicznie. - Zresztą sorry, ale skąd ty tak właściwe tyle o mnie wiesz? Nie pamiętam, żebym miał okazje wypłakiwać ci się na ramieniu, opowiadając jakąś łzawą historyjkę mojego życia?
- Mówiłem ci już.
- Tak, tak - rzuciłem z lekkim wyrzutem. - Coś tam wspominałeś, ale nic specjalnie nie wyjaśniłeś.
- Bo to nie była dobra chwile.
- A teraz jest? - spytałem z cichą nadzieją.
Starałem się brzmieć neutralnie i nie pokazywać, jak bardzo nurtuje mnie to, co ma do powiedzenia na temat Minho. Kawa rozgrzała moje ciało, a mój umysł stawał się coraz bardziej przejrzysty. Dochodząc do siebie, nie czułem się jednak lepiej. Raczej jak wariat. A to, co próbowałem rozładować, tylko z każdą godziną narastało, dorzucając mi wciąż na nowo, kolejny ciężar do niesienia. Jak teraz. Andres przerzucił szmatkę do polerowania kieliszków przez ramię.
- Poznałem Minho, pewnej zimy, w przeddzień nocy sylwestrowej - powiedział ciepło, jakby mówił o czymś, co wspominał bardzo przyjemnie. - Chociaż już kilka razy, widziałem go w naszym barze, nigdy wcześniej nie wdawałem się z nim w rozmowę. Tego dnia, wyglądał jednak na bardzo zmęczonego i przybitego. Nie miałem wtedy zbyt wielu klientów, więc postanowiłem powiedzieć mu coś pocieszającego, z racji, że wydawał mi się dobrą osobą. Kiedy podszedłem i spytałem, o powód jego zmartwienia, przez chwile tylko milczał. Jednak powoli, alkohol skutecznie rozwiązał mu język. Spytał mnie, czy byłem kiedyś zakochany. Odpowiedziałem, że tak. Pijesz, przez dziewczynę?- zgadywałem. Nie... przez chłopaka. Trochę mnie to zaskoczyło, bo nie pomyślałem nawet przez moment, że jest gejem. Musi być wyjątkowy, skoro tak cię wzięło - kontynuowałem. Spojrzał na swoje odbicie w kieliszku i uśmiechnął się blado. Jest - powiedział. Opowiedz mi o nim - zachęciłem. Kiedy zaczął o tobie mówić, miałam wrażenie, że mój ciemny bar, zmienił się w ciepły, świąteczny dom. Nie potrafię opisać słowami, tonu jego głosu, ale to jak o tobie opowiadał sprawiło, że miałem wrażenie, jakbym słuchał o 8 cudzie świata. - Ma delikatną, jasną cerę. Łagodne rysy twarzy, które sprawiają, że wygląda jak anioł. Pełne usta... - zaśmiał się gorzko - Nie uśmiecha się zbyt często, ale kiedy już to robi, ten uśmiech jest piękniejszy, niż potrafię wyrazić słowami. Jego włosy są gęste i jedwabiście miękkie, kiedy przeczeszesz je palcami. A gdy je rozpuści, zawsze delikatnie powiewają, gdy idzie. Ale najbardziej uwielbiam jego oczy. Ma w sobie tyle emocji, kiedy przez nie spogląda. Mógłbym gubić się w jego spojrzeniu całymi wiekami, bojąc się, że za chwile mogę je stracić.
Zaschło mi w gardle, kiedy to usłyszałem. Spuściłem wzrok, zaciskając dłonie na materiale ubrania. Ta rozmowa musiała być przeprowadzona około pół roku, po moim wyjeździe. Ale jakim cudem!? Przecież dobrze pamiętam, jak wyglądał Minho, kiedy ostatni raz go widziałem. Był do szpiku zimny i nienawidził mnie całym sercem. To nie możliwe, że powiedział coś takiego na mój temat.
- Nie wierze - szepnąłem. - Przecież Minho mnie nienawidzi... Sam widziałeś!
- Więc jak myślisz, skąd wiedziałem, że to ty, kiedy pierwszy raz cię spotkałem? - uśmiechnął się. - Dobrze. Skoro zmyślam, to myślisz, że widziałem też, o tym, że choć przysięgał cię chronić, opuścił cię?
Podniosłem wzrok, a moje oczy otworzyły się jeszcze szerzej.
- Czy to takie trudne do odgadnięcia? - spytał.
- Co masz na myśli?
- Dalej nie rozumiesz, dlaczego tu przychodził? Dlaczego przychodził tak często aby pić? On walczył. Walczył ze sobą. Z tym, żeby zdusić w sobie uczucie, jakie wciąż do ciebie czuje.
Zacisnąłem usta a dźwięk jego ostatnich słów, odbił się echem w mojej głowie. Moja fasada bezinteresowności, padła jednym słowem.
- Więc mówisz mi... - szepnąłem.
- Że cię kocha? Tak.
Zmarszczyłem brwi.
- Raczej kochał... Jeszcze kochał, w tamtym czasie.
Andres pokręcił głową, uśmiechając się z dezaprobatą.
- Nie - powiedział. - Mylisz się, on wciąż cię kocha.
- Powiedział ci to?
- Nie musiał. Ty też go kochasz, prawda?
Odwróciłem twarz, zagryzając wargę.
- Czy to, coś zmienia...
- Idź do niego - powiedział nagle. - Przekonaj się, że mówię prawdę.
Spojrzałem na Andresa, jak na wariata.
- Nie mogę.
- Dlaczego.
- Boje się - przyznałem szczerze.
- Tego, że cię odrzuci?
- Nie. Tego, że skrzywdzę go jeszcze bardziej, robiąc to.
Andres oparł się łokciami o ladę i popatrzył mi prosto w oczy.
- A potrafisz, żyć bez niego? - spytał.
Ból, jaki odczuwałem zacisnął się na moim sercu jeszcze bardziej, gdy to powiedział. Nie potrafiłem wydusić słowa, ale okazało się, że nie musiałem mówić. Najwyraźniej moje zachowanie, odpowiedziało za mnie.
- Tak myślałem.
Andres poderwał się. Wyszedł pospiesznie zza lady i pociągnął mnie za rękę, ściągając z krzesła. Po czym położył mi dłonie na plecach i zmusił do skierowania się do wyjścia.
- Jeśli teraz nie spróbujesz, będziesz żałować całe życie - powiedział, kiedy spojrzałem na niego zaskoczony.
Kiedy wyszedłem z baru, błąkałem się przez pewien czas po ulicy, nie wiedząc, jak dalej postąpić. Moje nogi, zadecydowały jednak za mnie. Nawet nie wiem kiedy, znalazłem się przed wieżowcem, w którym mieszkał Minho. Wjechałam dobrze znaną mi windą na piętro, na którym znajdowało się jego mieszkanie. Kiedy moim oczom, ukazały się brązowe, masywne drzwi, moje serce przyśpieszyło. Podszedłem bliżej, tocząc walkę ze sprzecznymi myślami, krążącymi w mojej głowie. Wyciągnąłem dłoń do góry, ale zawahałem się, za nim zapukałem. Zacisnąłem usta z desperacją i oparłem się o ścianę. Spojrzałem na zegarek. Dochodziło w pół do czwartej. To szalone przychodzić do kogoś o tej godzinie. Jeśli nie trafi mnie, teraz przed tymi drzwiami szlak, spowodowany moimi uczuciami, to zabije mnie Minho, za budzenie go w nocy. Westchnąłem. Przeniosłem wzrok w bok. Już miałem ponownie zdobywać się na odwagę, zapukania do drzwi, gdy usłyszałem, jak winda na przeciw mnie, otwiera się. Spojrzałem przed siebie zaskoczony, a wyklejanka emocjonalna, na mojej twarzy zamarła, napotykając równie zdziwione, spojrzenie Minho. Momentalnie zabrałem dłoń od drzwi, chowając ją za siebie, tak jakby coś takiego, mogło potwierdzić, że  wcale do niego nie przyszedłem.
- Co ty tu robisz? - spytał, dziwnym tonem głosu. Nie wiem. Nie był ani zły, ani zachwycony. Trudno było mi zgadywać, jak więc sam powinienem się zachować. Szukałem w głowie, jakiejś sensownej odpowiedzi, ale ten mnie ubiegł. - Wejdź, nie będziemy stać na klatce.
Wyjął klucze z kieszeni spodni i otworzył drzwi. Wszedł do środka, nie oglądając się za siebie. Prze chwile myślałem, za nim podążyłem za nim. Czułem pewnego rodzaju lęk i podekscytowanie, wchodząc do jego mieszkania. Na pewno, było tak w dużej mierze dlatego, że pierwszy raz wchodziłam do niego prywatnie, a nie jako zatrzymany. Przekroczyłem próg i zamknąłem za sobą drzwi, znajdując się w jego salono-kuchni. Minho rzucił swoje rzeczy na kanapę i zdjął skórzaną kurtkę. Nie zapalił światła, więc znajdowaliśmy się w dość sporej ciemności. Poczułem, że się denerwuje. Nie miałem żadnego pojęcia, jak zacząć rozmowę. To było irytujące, że kiedyś nie miałam problemu, aby stanąć z nim oko w oko i rzucić pewnym siebie, wyluzowanym tekstem. Tymczasem w tej chwili, byłem jak nieśmiała, trzęsąca się galaretka. Jakby było mi mało, Minho spojrzał na mnie, tym swoim ciężkim spojrzeniem, przybijając mnie do ziemi.
- Skąd wracasz o tej porze? - spytałem, siląc się na spokój. Po chwili zrozumiałem jednak, że to było głupie pytanie i zabrzmiało, jakbym się o niego martwił.
- Z pracy - powiedział obojętnie. Jednakże, wydawało mi się, mimo wszystko, że jego również dopada, niezręczność tej sytuacji.
- Słyszałem o tej całej sprawie z Jonghyunem - brnąłem. - Powinienem... Chciałem was przeprosić, za moje wcześniejsze oskarżenia. Nie wiedziałem, że tak to wszystko wyglądało.
Minho spojrzał na mnie, zwężając spojrzenie. Wydawało mi się, że szuka w moim zachowaniu, jakiegoś podstępu, co lekko mnie zraniło. Rozumiałem jednak, w pewnym sensie, jego dystans i nie mogłem go za to winić.
- Przyszedłeś tu... aby za to przerosić? - spytał pewnie.
Odwróciłem wzrok, czując jak moje zdenerwowanie wzrasta. Pokręciłem głową.
- Więc, po co?
Ach! To było takie trudne! Gdyby to był dawny Minho, wystarczyłoby abym ładnie się uśmiechnął, a on wybaczyłby mi całe zło tego świata. Ale teraz, to było co innego. Teraz, nie miałem nawet odwagi na niego spojrzeć, a szaleństwem byłoby się uśmiechnąć. Zagryzłem wargę, zmuszając się do wydania jakiegoś dźwięku.
- Nie mogłem zasnąć.
- I sprawdzałeś, czy ja także nie mogę?
Jego nieugięta postawa, sprawiał mi jeszcze większy ból. Czułem się w tej chwili tak, jakbym odczuwał właśnie apogeum, tego wszystkiego, co od tych kilku dni mną kierowało. Resztkami siły woli, spojrzałem mu ponownie, prosto w oczu, czując jak jednocześnie miękną mi kolana. Walczyłem ze sobą, aby się nie rozkleić. Nie chciałem, aby usłyszał to ode mnie, w taki sposób.
- Nie - szepnąłem. - Chciałem sprawdzić, czy już zawsze tak będzie, że nie będę mógł spać, bez ciebie, obok mnie.
W momencie, kiedy Minho usłyszał moje ostatnie zdanie, spokój momentalnie zszedł z jego twarzy. Zacisnął usta, a złość jaka go opanowała, była wyczuwalna z daleka.
- Dlaczego po prostu nie odejdziesz, Taemin! - krzyknął nagle tak, że prawie podskoczyłem. - Nie patrz tak na mnie!
Bałem się cokolwiek powiedzieć, ale widziałem, że jeśli teraz ucieknę, będę uciekał już całe życie.
- Dlaczego? - spytałem, łamiącym się głosem. - Mówiłem ci, że nie mogę znieść twojego zimnego wzroku na mnie. A ty, czego nie możesz znieść w moim spojrzeniu?
Oczy Minho przeszywały mnie, świecąc się na tle ciemności.
- Wyjdź - powiedział mocno, ale ja wyczułem w jego głosie, jakiś znak desperacji.
- Boisz się tego, że patrząc na mnie, nie będziesz już w stanie dłużej trwać w tej swojej lodowatej postawie?
- Nie wyjdziesz!?
- Nie! - krzyknąłem, kiedy kolejny raz nie doczekałem się odpowiedzi na moje pytanie. - Możesz mnie odrzucać, ale nigdy nie zdołasz mnie uciszyć!
Gdy wypowiedziałem moje ostatnie słowa, Minho ruszył na mnie z prędkością światła. Siła jaka z niego biła, naparła na mnie tak, że nawet bez jego dotyku cofnąłem się raptownie do tyłu. W tej samej chwili, w której moje ciało zetknęło się z drzwiami, poczułem jak dłoń Minho, uderza w powierzchnie, tuż obok mojej szyi. Odruchowo zmrużyłem oczy, kiedy doszły do mnie te dwa dźwięki, a trzęsienie jakie spowodowały, rozeszło się po moim ciele. Na moment zapadła cisza. Słyszałem przyśpieszony oddech Minho i moje walące serce. Po niekończącej się minucie, powoli, otworzyłem ponownie powieki, napotykając swoim spojrzeniem, obojczyk Minho. Jego zaciśnięta w pięść dłoń, nadal znajdowała się po mojej prawej stronie. Przesunąłem po niej wzrokiem, nie odwracając głowy i zwilżając usta. I w tej chwili to zrozumiałem. Dlaczego Minho mnie nie uderzył? Miał w tym momencie sprzyjającą możliwość, aby wyładować na mnie, całą swoją, kumulującą się od bardzo długiego czasu, złość. A mimo to, nie uczynił tego. Dlaczego? Bo nie był w stanie mnie skrzywdzić. Zresztą, przecież to nie był pierwszy raz. Miał już wiele sytuacji, kiedy mógł się na mnie zemścić. Kiedy byliśmy sami w jego domu. Kiedy wpadłem w wściekłość przed barem. Tylko, że to zawsze wyglądało inaczej. Bo gdy byliśmy sami w domu, starał się do mnie nie zbliżać, tak jakby się czegoś obawiał. A gdy krzyczałem przed barem, chwile później, zasłonił mnie swoim ciałem, gdy ktoś chciał mnie zabić. Zawsze mi groził, ale rzadko, to o czym mówił, wprowadzał w życie. Kiedy o tym teraz myślałem, zawsze gdy do tej pory zdarzało mi się coś złego, Minho był przy mnie. Gdy zostaliśmy porwani, mógł spokojnie pozwolić szefowi gangu mnie zabić. Nikt by go o nic nie podejrzewał. To byłaby dla niego idealna przykrywka. Jednak tego nie zrobił. Był ze mną do końca. Do końca walczył, aby nic mi się nie stało.
Wyprostowałem się lekko i uniosłem swój wzrok prosto na jego oczy. Wciąż widziałem te samą ciemność, ale konsekwencje jej oddziaływania, przestały na mnie działać.
- Jestem samolubny - szepnąłem. - Zresztą zawsze byłem. Nie potrafię być taki jak Jonghyun. Próbowałem, ale nie umiem. Nie potrafię odejść mimo, że wiem, jakie cierpienie na ciebie sprowadzam. Ale to też nie jest wcale tak, że myślę tylko o sobie. Część mnie, ma nikłą, ale nieprzerwaną nadzieje, że przebywanie ze mną, mimo wszystko także tobie sprawia przyjemność i jednocześnie jest w stanie ugasić tamto cierpienie, którego przyczyną jestem.
Kiedy wreszcie to powiedziałem, Minho zrobił coś, co kompletnie mnie zaskoczyło. Poczułem jak wypuszcza powietrze, opuszcza głowę, a następnie kładzie ją na moim ramieniu. Zastygłem z lekko otwartymi ustami. Choć chciałem coś powiedzieć, to było i tak bez celu, bo nie potrafiłem wydobyć z siebie dźwięku. Minho także nic nie powiedział. Stojąc tak z każda chwilą zdawałem sobie jednak sprawę, że tym, co teraz uczynił, powiedział mi więcej niż gdyby użył całego monologu słów. To było przyjemne czuć na sobie jego ciężar. Powoli uniosłem dłoń do góry i położyłem ją na jego głowie, delikatnie przeczesując palcami jego włosy. Nie czułem już strachu. Miałem wrażenie, że jego bliskość stopniowo uspokaja moje cierpienie.
W końcu, Minho  wyprostował się i spojrzał mi ponownie w oczy. Jednak to nie były już te same, ciemno spoglądające oczy. Tym razem widziałem  w nich o wiele inne emocje. Ból. Tęsknotę. Czułość. Dotknął mojego policzka i przejechał po nim kciukiem.
- Przepraszam… Taemin – powiedział cicho. – Przepraszam za wszystko.
Chciałem mu odpowiedzieć, ale położył mi palec na ustach.
- Musisz coś wiedzieć – szepnął. - Potrzebuje cię. To nie ty bardziej, ale ja, Taemin, to ja potrzebuje ciebie.
W tym momencie przestał mówić i przyciągnął mnie, jednym ruchem, do siebie. Za nim zdążyłem zareagować, poczułem jego usta zagłębiające się w moich. Miałem wrażenie, że zemdleje, kiedy uczucie, jakie się z tym wiązało, do mnie doszło. Jedną ręką przycisnął mnie do swojego ciała, a palce drugiej, wplótł w moje włosy, ściągając z nich jednocześnie gumkę i odrzucając gdzieś na bok. Całował mnie gwałtownie, ale także czule i zdecydowanie. Mój oddech przyśpieszył, a serce tłukło się jak szalone. Był szybki. Skierował mnie na jakąś ścianę, na chwile pozwalając złapać oddech. Przeniósł swoje usta najpierw na moją żuchwę a następnie na szyje. Kiedy poczułem jego język na mojej skórze, dreszcz przyjemności, rozszedł się po moim ciele. Jego dłonie powędrowały pod mój t-shirt, stykają się z chłodną temperaturą mojego ciała. Nie potrafiłem powstrzymać jęku, jaki wydobył się z moich ust, gdy jego dłonie zaczęły przesuwać się po mich plecach.
Minho ponownie złączył nasze usta razem, tym razem wchodząc we mnie jeszcze głębiej i uniemożliwiając mi wydawanie dalszych dźwięków przyjemności. Zacisnąłem dłonie na materiale jego koszulki, kiedy splótł nasze języki razem. Gdyby mnie nie trzymał podejrzewam, że teraz zwyczajnie, obsunęłabym się po ścianie, nie potrafiąc ustać na nogach. Jego palce szybko znalazły się na moich nadgarstkach. Pociągnął moje ręce ku górze, opierając o powierzchnie ściany, tuż przy moich ramionach. Po czym puścił mnie na chwile, zostawiając  w takiej pozycji i zaczął zrzucać z siebie broń oraz inne narzędzia pracy. Nie poruszyłem się ani o milimetr, ciężko oddychając. Spojrzałem swoim zamglonym spojrzeniem w jego oczy. Już sama możliwość, swobodnego kontaktu wzrokowego między nami, dawała mi nieograniczoną przyjemność. Widząc jego podniecenie i pośpiech, tylko bardziej go pragnąłem.
Przymknąłem powieki, kiedy przyciągnął mnie ponownie do siebie. Jego dotyk był tak czuły, jaki nawet nie przypuszczałem, że będę mógł od niego jeszcze doświadczyć. Jego zapach tak bardzo przypominał mi ciepło, jakie tak dawno utraciłem.
Delikatny materiał jego pościeli, zetknął się z moją skórą, kiedy pomagał mi położyć się na niej plecami. Zdjął ze mnie koszulkę, sam również się jej pozbawiając. Moje dłonie szybko odnalazły drogę do gorącej skóry jego klatki piersiowej. Przejechałem wzdłuż niej dłonią, a gdy moje palce znalazły się na jego karku, przyciągnąłem go ponownie do siebie, spragniony jego pocałunku.
Przejechał nosem, po moim policzku, łaskocząc mnie końcówkami swoich włosów. A kiedy kolejny raz na mnie spojrzał, a ja zarumieniłem się lekko, czując na sobie jego spojrzenie zrozumiałem, że to nie seksu szukałem od tych kilku dni. Szukałem Minho.
Choć dochodził poranek, słońce nie wschodziło już tak wcześnie, jak latem. Ciemność nadal otaczała wnętrze pokoju. Leżałem z głową na piersi Minho i ręką przerzuconą przez jego brzuch. Chłopak delikatnie wodził opuszkami palców, po mojej nie okrytej przez kołdrę, części pleców. Jego dotyk był ciepły i rozgrzewał tak, jak nawet mój najcieplejszy, dzisiejszy napój, nie byłby w stanie, nigdy tego uczynić. Kiedy słuchałem, uspokajającego się bicia jego serca czułem, jak sam, powoli rozluźniam się, jeszcze bardziej. Pierwszy raz, od bardzo długiego czasu, czułem się spokojnie. Ból, w moim sercu ustał, a umysł oczyścił się z bałaganu, jaki w nim panował. I został tam tylko Minho. Jego dotyk. Ciało, tuż przy moim. To byłoby takie łatwe, zostać już tak na zawsze, w tym pokoju. Zostać i nie musieć mierzyć się, z ciężką rzeczywistością, która dopadnie nas, gdy ponownie przekroczymy próg mieszkania.
Przytuliłem policzek jeszcze mocniej, do klatki piersiowej Minho, skupiając swój wzrok, w jakiejś niewidocznej zbyt dobrze, części pokoju. Chłopak przesunął palcami po moim ramieniu, po czym powiódł nimi, wzdłuż ręki, którą go obejmowałem. Kiedy dotarł do mojego nadgarstka, położył swoją dłoń, na mojej, splatając nasze place razem. Poczułem jego ciepły oddech, gdy zwrócił swoją twarz w moją stronę i dotknął ustami moich włosów.
- Minho... - szepnąłem delikatnie. Przeszyło mnie dziwne uczucie, kiedy wypowiadałem jego imię na głos. Już bardzo dawno, nie zwracałem się do niego, tak wprost. - Żałujesz, że mnie spotkałeś?
Bałem się usłyszeć odpowiedź na to pytanie. Jednak musiałem ją znać. Jeśli odpowie teraz tak, to będzie oznaczało, że to wszystko się dziś skończy. Nie będzie żadnych ostatnich nadziei, ani zwodzenia mojego pełnego kontrargumentów umysłu. Stanę twarzą w twarz, ze słowami, które jasno, powiedzą mi do widzenia. I nie będzie już więcej lata, podczas moich zimowych wieczorów.
A jeśli odpowie nie? Czy to będzie łatwiejsze aby dalej z tym żyć? W jaki sposób będę w stanie ruszyć, po tej odpowiedzi dalej? Czy zostanie tutaj, gdzie teraz jesteśmy, mierzenie się z tym co mamy, nie będzie trudniejsze niż odejście?
Wyszedłem z jego mieszkania, kiedy zaczynało świtać. Chłodne powietrze, otarło się o moją twarz, gdy zacząłem iść ulicą. Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni, aby zachować ostatnie uczucie ciepła. Korek na drodze, tworzony przez ludzi jadących do pracy, zaczął się powoli zagęszczać. Przeszedłem, przez kolejne światła uliczne i ruszyłem dalej przed siebie. Tam, gdzie prowadziła mnie odpowiedź Minho, na moje ostatnie zadane mu pytanie.
____________________
Z takich małych, ale ważnych ogłoszeń - następny rozdział dodam dopiero około 29 września. Przez następne trzy tygodnie, będę miała ograniczony dostęp do Internetu oraz dużo rzeczy do zrobienia. Trzymajcie więc kciuki, żebym w miarę łatwo przeszła czekające mnie obowiązki  i mam nadzieje, że będziecie czekać z niecierpliwością czekać na nowe rozdziały. ;)

wtorek, 20 sierpnia 2013

Jongkey: A może zacznijmy od początku, od tego, co naprawdę czuł Kim Jonghyun, trzy lata temu, kiedy pierwszy raz spotkał Kibuma.

Kiedy przychodzą dni ostateczne, dni rozwiązania, nigdy nie jesteśmy tak naprawdę na nie gotowi. Nawet gdybyśmy przygotowywali się do nich całymi latami, nigdy nie będziemy na tyle przygotowani, by mierzyć się z prawdą, której nie jesteśmy w stanie unieść. Prawdą, która nas zmienia. Prawdą, która rani. Prawdą, która przynosi ze sobą przeszłość. Prawdą, która czasem jest zbyt ciężka, aby ją zrozumieć i jednocześnie zbyt upragniona, aby ją osiągnąć. Prawdą, na którą nie mamy wpływu. Prawdą, która jest jak deszcz, zmywający wszystkie nasze dotychczasowe wyobrażenia o świecie. O sobie. Taką, która przychodzi, gdy się jej niespodziewany i kiedy nagle jest, sami już nie wiemy, czy jest zbawieniem, czy tylko punktem kulminacyjnym, dobijającym ostatecznie nóż, w sercu naszego cierpienia.
- O czym ty mówisz? - spytałem, odsuwając się od niej lekko.
Jungah wpatrywała się we mnie uważnie, a jej ciemne, podkreślone makijażem oczy, zdawały się przenikać mnie na wylot. Czułem narastający we mnie strach i coś na znak paniki, która jakby wyprzedzała moją świadomość tego, co się teraz działo.
- Powinieneś wiedzieć, co wydarzyło się, kiedy po raz ostatni widziałeś się z Jonghyunem.
- To znowu jakieś twój nowy plan?
Westchnęła i przejechała palcami po końcówkach włosów.
- Masz prawo mi nie wierzyć, ale i tak, proszę, wysłuchaj najpierw tego, co chce ci powiedzieć. Jonghyun nie ma pojęcia, że tu z tobą jestem ani, że mam zamiar ci o tym opowiedzieć.
- Co w tym dniu było takiego ważnego? Byłem z nim prawie cały czas. Najpierw na próbie, a potem po niej.
- Czyżby? Chyba umknął ci jeden szczegół.
- Jaki? - drążyłem.
- Po waszym występie, zadzwoniłam do niego.
Zwęziłem wzrok, przeczesując w pamięci tamten dzień. Kiedy wspomniała o tym telefonie faktycznie, to miało miejsce. Ktoś do niego dzwonił, a on zostawił mnie na około godziny.
- W porządku - przyznałem. - To miało miejsce, ale co z tego? Co takiego mogło się wydarzyć w ciągu jednej godziny? To, co mówił mi wtedy Jonghyun, logicznie łączyło się w całość. Tak krótki czas, nie mógł tego zmienić.
- A może on zwyczajnie chciał, żebyś to tak połączył, bo miał ku temu jakiś powód?
- Jaki to był niby powód? - spytałem ponownie, zirytowany tym, że nic z tego wszystkiego nie rozumiem.
- Chce ci to wyjaśnić, ale ty wciąż mi przerywasz. Jesteś w stanie poświęcić mi chwile?
Zacisnąłem usta. Co powinienem zrobić? To mogła być jej kolejna zasadzka. Skąd miałem wiedzieć, czy powie mi prawdę? Ważniejsze - czy ja w ogóle chciałem znać te prawdę? Minęło tak dużo czasu. Coś takiego, tylko nie potrzebnie rozdrapywało stare rany.
- Gdybyś mógł, nie chciałbyś mieć czegoś, dzięki czemu mógłbyś ponownie uwierzyć w Jonghyuna? - szepnęła. - Albo chociaż, nie chciałbyś żyć w zgodzie ze sobą, niż żałować całe życie, że o tym nie wiedziałeś?
- Nie wiesz, co zrobię, kiedy się tego dowiem.
- Nie wiem - przyznała spokojnie. - Ale ty też tego nie wiesz.
Spuściłem wzrok, zrezygnowany. Miała racje. Cokolwiek to nie będzie, chciałbym to wiedzieć. Teraz nie będę w stanie zwyczajnie odejść i o tym zapomnieć.
- Mów... - powiedziałem, poddając się.
Jungah przekręciła lekko głowę i kiedy zdecydowałem się ponownie na nią spojrzeć, zaczęła swoją opowieść.
- Tego dnia, od rano coś było nie tak. Jednak, aż do wieczora, nie chciałam o tym mówić Jonghunowi, aby go nie stresować. Kiedy przed południem, zjawiłam się w firmie, ojciec poinformował mnie o tym, że nasze akcje drastycznie spadły. Okazało się, że jego ostatnia inwestycja była chybiona. Gdy tylko nasi inwestorzy się o tym dowiedzieli, zaczęli jeden po drugim dzwonić z informacją, że rezygnują ze współpracy, żądając jednocześnie oddania wpłaconych środków. Tego dni, to był czysty horror... Co chwile ktoś wbiegał, coś krzyczał. Kiedy dostaliśmy wykaz firmowego konta, okazało się, że jesteśmy pod kreską. To był cios dla ojca. Nie mieliśmy żadnych pieniędzy. Nie mogliśmy zapłacić inwestorom. Nie mieliśmy najmniejszego pomysłu, jak z tego wyjść. Żadnego światła w tej ciemności. Czekał nas komornik a ojca, w najgorszym wypadku, rozprawa w sądzie. Cały dzień gromadziliśmy wszystkie nasze oszczędności, ale nie starczyło to na wiele. A robiło się tylko gorzej. W końcu, serce naszego taty nie wytrzymało tego nagłego stresu. Dostał zawału...
- Wasz ojciec miał zawał? - moje oczy się rozszerzyły.
- Tak - przyznała smutno, cofając się pamięcią do tamtych chwil. -  To wtedy, kiedy dojechaliśmy do szpitala, zdecydowałam się poinformować wreszcie o wszystkim Jonghyuna. Przyjechał szybko. Prawie równocześnie z naszą matką. To było jak cios ostateczny dla naszej rodziny. Byliśmy spłukani, nasz ojciec umierał, matka płakała. Nie miałam pojęcia, co dalej. Byłam roztrzęsiona i nie miałam żadnego planu. Żadnej perspektywy. Roztaczała mnie wizja przyszłości, w której tracimy dom, prace i lądujemy pod mostem.
Moje serce zamarło. Faktycznie, kiedy Jonghyun wtedy skończył rozmowę, wyglądał dziwnie inaczej. Jednak nie przejąłem się tym w tamtej chwili. Myślałem, że to coś błahego.
- I wtedy wkroczył Jonghyun - kontynuowała. - Wyszliśmy oboje z sali ojca, a on powiedział, że się nie podda. Ojciec zrobił dla niego tak wiele, że teraz jego kolej, zrobić coś dla niego. Tego dnia, był wszystkim, czego potrzebowałam, aby znaleźć w sobie siłę do ratowania tego, co nam jeszcze pozostało. Dlatego nie spytałam, gdzie idzie, ani po co, kiedy oznajmił, że jest jedna ważna rzecz, którą musi jeszcze dziś zrobić, za nim zacznie działać. Kazał mi wracać do firmy i tam na niego czekać.
- Wtedy przyszedł do mnie... - szepnąłem, stawiając sobie przed oczami, obraz Jonghyuna z tamtego wieczoru. Obraz, który tak długo wypłukiwałem z mojego serca i myśli, a który nie stracił nic ze swojej żywości, kiedy oglądałam go ponownie, w tej chwili. Ciemne oczy, zagadkowy wyraz twarzy i dystans, który był dziwnie niepokojący.
- Tak. Nie wiedziałam, że to z tobą poszedł się spotkać. Kiedy do mnie wrócił, był inny...  Ale wciąż uparcie to ignorowałam. Liczyło się dla mnie w tamtej chwili tylko to, aby nie upaść na dno. Aby nie stracić domu, rodziny, firmy. Byłam przerażona. Chyba pierwszy raz w życiu się bałam.
- Ale przecież teraz jesteście bogaci? - spytałem zdezorientowany.
- Bo to nie koniec historii - jej oczy stały się jeszcze smutniejsze, kiedy kontynuowała. - Przez pół roku, wiązaliśmy koniec  końcem. Stan ojca się poprawił, ale dalej nie potrafiliśmy z Jonghyunem znaleźć wyjścia z całej sytuacji. Wtedy naprawdę bałem się, że skończymy na ulicy. Sprzedaliśmy samochody, biżuterie i inne cenne rzeczy, aby uzbierać pieniądze dla inwestorów. Jednak wciąż na coś brakowała. Aż pewnego dnia, Jonghyun spotkał Minho - moje źrenice się rozszerzyły. A więc, to wtedy zaczęła się ta dziwna relacja tej dwójki. - Nie wiem dokładnie, jak do tego doszło, ale spotkali się przypadkiem, wieczorem. To był czas, kiedy Minho zaczynał przyuczać się do zawodu policjanta. To Minho pierwszy wyciągną do niego rękę, z propozycją obustronnej pomocy. Powiedział mu, że jest teraz blisko wszystkich spraw, które prowadzi policja. Zaproponował mu, że znajdzie coś na mężczyznę, który odebrał nam majątek. Pomoże mu go pogrążyć i odzyskać pieniądze, a nawet dostać od niego spore odszkodowanie. Było tylko jedno, o co poprosił Jonghyuna, w zamian za swoją przysługę. Chciał aby ten, kiedy już znowu wróci na szczyt, obserwował ojca Taemina. Informował go, o jego nowych inwestycjach, planach, miejscach, w których bywa. Wiedział, że nasi ojcowi często się razem spotykali w sprawach biznesowych. Dzięki pomocy Jonghyuna, mógł być bliżej Lee, bez własnej, bliższej interwencji.
To było niesamowite słuchać tego, co mówiła Jungah. Jak wiele stało się w ciągu tych lat, kiedy nie mieszkałem w Korei? Z jednaj strony mnie to fascynowało, a z drugiej się tego bałem. Słuchając jej opowieści, z każdym jej słowem, wychodziło na to, że nigdy nie znałem do końca Jonghyuna. Myślałem, że jest rozpieszczony i niezdolny do pracy. Nigdy bym nie przypuszczał, że żył w biedzie i starał się, z całych sił, powstrzymać firmę przed upadkiem, nie dbając nawet o to, jak wiele będzie musiał przez to przejść. To było godne podziwu i zmieniało w pewien sposób moje zdanie o Jonghunie, ale to wciąż było dla mnie za mało, by wierzyć Jungah, że tamtego wieczoru, nie chciał mnie zranić celowo.
- Dobrze, wierze ci, ale co z tego? - spytałem wolno. - Skąd masz pewność, że to, co mi wtedy powiedział Jonghyun, to nie to, co planował mi powiedzieć? Może ta sytuacja, nie miała na to żadnego wpływu? Zwyczajnie, chciał dokończyć, co zaczął.
- Uważasz, że po tym, co się wtedy stało, byłeś dla niego tak ważny, jako zabawka, że nie miał innych priorytetów, tylko się tobą ostatni raz zabawić? - odrapał, a jej oczy się zwęziły.
- Nie wiem... - zagryzłem wargę, spuszczając wzrok. - Nie wiesz, co mi wtedy powiedział. Nie wiesz, co nas łączyło.
- Wystarczy mi, że go znam. Dobrze wiem, co do ciebie czuł.
- Przepraszam - szepnąłem. - Wasza historia jest smutna, ale to nie zmienia tego, co myślę o Jonghyunie. Nie wierze twoim słowom na jego temat. Wiem, że powiedziałabyś wszystko, żeby mu pomóc.
- Jesteś naprawdę taki głupi, czy tak bardzo nie chce tego do siebie dopuścić? - zdenerwowała się. - Po co miałbym cię okłamywać? Wiem, że się boisz, ale...
- Więc nie karz mi w to ponownie brnąć! - spojrzałem jej w oczy. - To ty tu teraz jesteś. Nie on. Uważasz, że uznam za warte czegoś coś, o czym nie usłyszałem z jego ust?
- Mówiłam ci, że ma powód aby się teraz tak zachowywać! Ach... - westchnęła i sięgnęła po torbę ze stołu. - Wiedziałem, że tak będzie.
- Słucham?
- Więc mówisz, że nie wierzysz, bo to nie on ci o tym mówi?
Spojrzałem na nią, nie rozumiejąc.
- A gdyby ci powiedział? - zaschło mi w gardle, kiedy to usłyszałem. - Chcesz dowodów, prawda? Możesz pójść i spytać Minho, mojego ojca, lekarzy, pracowników firmy, ale to i tak nie zmieni pewnie twojej opinii w tej sprawie. Myślę więc, że wystarczy ci po prostu to.
Jungah sięgała do wnętrza torby i wyciągnęła duży, niebieski zeszyt, który wydał mi się dziwnie znajomy.
- Poznajesz? - spytała, widząc moje nagłe zainteresowanie.
- To chyba szkicownik Jonghyuna.
- To nie jest tylko jego szkicownik - odpowiedziała. - To jego pamiętnik.
- Pamiętnik? - spytałem, w jednej chwili tracąc oddech.
- Tak. Za pewne widziałeś tylko jego przód - mówiąc to, przewróciła spory plik kartek i otworzyła zeszyt, mniej więcej w połowie. Od razu poznałem pismo Jonghyuna. Moje serce zamarło. To naprawdę był jego pamiętnik? Jeśli tak, to miałem go na wyciągnięcie ręki, już tak wiele razy, nie wiedząc nawet, co takiego w sobie kryje. Po raz pierwszy, znalazłem go w jego pokoju, parę lat temu, kiedy natknąłem się na projekt domu. A potem, zupełnie niedawno, widziałem go ponowie w jego biurze. Spytałem wtedy Jonghyuna, czy dalej projektuje, a on odpowiedział mi, że to nie jest tylko szkicownik, ale w pewnym sensie, są to jego myśli. Cholera! Skąd mogłem wiedzieć, że za tą gierką słowną, kryje się coś więcej?
- Jak zabrałeś go Jonghyunowi?
- Mam swoje sposoby - uśmiechnęła się lekko. - Myślę, że powinieneś to przeczytać.
Przeniosłem spojrzenie na zeszyt, czując dwojakie uczucie. O to, w tej chwili, stałem przed możliwością, poznania wreszcie prawdziwych uczuć i myśli, zawsze tajemniczego Kim Jonghyuna. Wreszcie mogłem dowiedzieć się, co tak naprawdę kryje się w głowie osoby, której sposób postępowania, tak długo pragnąłem zrozumieć. Jednak, czy mogłem to zrobić? Czy chciałem? Czy miałem odwagę? Co, jeśli otworzenie tego pamiętnika, wiązało się z otworzeniem Puszki Pandory? Może to, co napisał tam Jonghyun, wcale nie było tym, co próbowała mi wmówić Jungah? Może słowa, jakie tam przeczytam, sprawią mi tylko jeszcze większy ból?
- Nie wiem... - powiedziałem niezdecydowanie. - Nie jestem pewny. Jeśli to jego pamiętnik, to nie mam prawa tego zrobić.
- A czy on miał prawo, trzy lata temu, zdecydować o waszej przyszłości, bez żadnej konsultacji z tobą?
Zagryzłem wargę. Jungah wstała. Poprawiła swoją długą sukienkę i wzięła swoją torbę.
- Posłuchaj. Nie mogę ci już nic więcej narzucić. Znasz moją opinie. Wiem tyle. Dziś, możesz pierwszy raz, sam zdecydować o swoim losie. I tylko od ciebie zależy, czy to zrobisz. Moja misja jest skończona. Teraz został już tylko twój ruch. Doprowadziłam cię do rozwiązania. Od ciebie zależy, czy zejdziesz już na zawsze z drogi, jak wiąże cię z Jonghyunem i już nigdy więcej się nie spotkamy. Czy stawisz czoło prawdzie i mimo wszystko, nie zboczysz z tej ścieżki.
Uśmiechnęła się do mnie w ten swój kokieteryjny sposób, który chyba miał mnie podnieść na duchu. Po czym wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
        Podkuliłem nogi i oplotłem je rękami. Przyłożyłem policzek do kolan i spojrzałem przez okno. Noc była dziś rozświetlona przez tysiące migoczących gwiazd. Dodatkowo, światła z ogrodu, rozpromieniały ją jeszcze bardziej. Westchnąłem. Być może... Nie, nie być może, na pewno będę tego żałował. Ale, czy mogłem odpuścić? Spojrzałem na pamiętnik. Położyłem go sobie na kolana. Przejechałem opuszkami palców, po jego oprawie, po czym otworzyłem go w połowie. Tekst był przejrzysty, ale lekko chaotyczny.

Nigdy nie interesowałem się żadnym "jednodniowym podbojem". Zresztą wybierałem kluby, które trzymały mnie w bezpiecznym położeniu anonimowości. Moi znajomi ze szkoły, nie chodzili w takie miejsca, do jakich uczęszczałem. Jednak mój ostatni "podbój" mnie zaskoczył. Zjawił się w mojej szkole, zaledwie kilka dni po naszej "szybkiej randce". Gdy spotkałem go po raz pierwszy, był pociągający i wyglądał na bardzo napalonego. Nie miałem ochoty, tego dnia, bawić się w dłuższą grę wstępną. Chłopak wydał mi więc idealnym obiektem, łatwego rozładowania napięcia. Było szybo. Po alkoholu. Niedelikatnie. To tyle, ile zapamiętałem z tego wieczoru. Może nie przejąłbym się tym chłopakiem tak bardzo, gdyby nie jego zachowanie. Moje początkowe, bezpardonowe zakwalifikowanie go jako nieszkodliwego, nieinteresującego, nieciekawego, szybko zamazały jego ostre słowa, gdy chciałem upewnić się w przekonaniu o jego nie wyjątkowości. Jednak, nie dlatego kazał mi się nad sobą zastanowić, bo miał cięty język. Wzbudził te chęć raczej stąd, że choć zauważył moją obronną taktykę, nie miał ochoty tego wykorzystać, a wręcz, choć wyraźnie samotny w nowej szkole, nawet nie chciał ode mnie pomocy w aklimatyzacji. Jakby było mu wszystko jedno, czy będzie lubiany, znany, czy będzie miał przyjaciół. Wydał mi się tak nie interesować opinią innych i ignorować to, co oni o nim myślą, że poczułem coś na znak zazdrości, o jego wolność, w wyrażaniu prawdziwego siebie. Poza tym, był chyba pierwszym chłopakiem, który uważał, że on podoba mi się bardziej, niż ja podoba się jemu. W życiu, nikt nie był tak bezczelnie pewny, mówiąc mi coś takiego. To ja byłem tym, który to mówił. Chciałem zmazać mu z twarzy, ten uśmieszek i udowodnić, jak bardzo się myli.

Przewróciłem oczami. Jonghyun był tego dnia taki, jak się spodziewałem. Jeszcze uważał, że jestem nie warty jego uwagi! Co za palant! Przewróciłem kartkę dalej. Po czymś takim, chciałem wiedzieć więcej.

Badanie, czy ten chłopak jest taki pewny siebie, czy tylko gra, było intrygujące. Skłamałbym, gdybym napisał, że nie mam na niego ochoty. Mam. Nigdy nie miałem sprecyzowanego swojego idealnego typu, ale ten Key, był jakby to ująć, w dużym sensie tym, czego oczekiwałem od kogoś, z kim chciałem to robić. Delikatny, ale jednocześnie ostry. Słodki, ale również nieprzewidywalny. Jak dziś. Zaskoczył mnie swoim zachowaniem. Przy nim, jakby nie działa moja wysoka pozycja, ani to, co mogłem dzięki niej mieć. Przyparłem go do muru. Chciałem go osaczyć, jego własną bronią. Zaskoczyć go tak, jak on zaskakiwał mnie. Był bezbronny i wiotki, kiedy całowałem go w szatni. Stracił swój cały rezonans i zaciekłość. Bycie w pewnym sensie górującym, mocnym, pewnym, w ustawianiu go do pionu, podniecało mnie bardziej niż myślałem. Jednak byłem zbyt pewny siebie myśląc, że to wszystko, na co go stać. Choć jednoznacznie pokazałem mu, że na mnie leci, on zamiast zaprzeczyć, sam oddał mój pocałunek. Miałem go już w garści, ale nie! Rozwścieczony kotek, stał się w jednej chwili słodką przytulaną. Byłem zdezorientowany. To był chyba pierwszy raz, kiedy ktoś tak zbił mnie z pantałyku.
Uśmiechnąłem się sam do siebie. Poczułem przypływ ogromnej satysfakcji z tego, że jednak potrafiłem go czasem zaszokować. Choć nigdy tego nie przyznawał, coś tam jednak czasem było w stanie wyprowadzić go, z tej wypracowanej, pewnej siebie, postawy.W tamtej chwili poczułem, że chce poznać tego chłopaka. Ale jeśli nie zmienię taktyki, to potoczy się to tak, jak on zadecyduje. Chciałem to ciągnąć, ale chciałem także udowodnić sobie, że to ja będę górą. Przyznałem to, co chciał usłyszeć. Wiedziałem, że muszę to zrobić, aby ruszyć do przodu. Powiedziałem mu, że chce się z nim ostro pieprzyć i mam gdzieś, dlaczego będzie to ze mną robił. Zrobiłem to, bo wiedziałem jedno. Poza tym, że ten chłopak był uparty, nie potrafił ukryć tego, że mu się podobam. Miałem świadomość, że aby zwyciężyło to drugie, wystarczy powiedzieć coś, co pozwoli mu pozostać w jego mniemaniu górą. Coś prostego, co nie określa nic konkretnego.

Tak jak się spodziewałem, Jonghyun cały czas prowadził ze mną jakąś grę. To, co teraz pisze, wskazywało wyraźnie na to, że był znudzony życiem i po prostu zaciekawiony mną. Mylił się jednak uważając, że myślę, że jestem górą. Nic bardziej mylnego. Zawsze wiedziałem, że to on był tym, który mógłby jednym słowem, zmienić sytuacje na swoją korzyść. Tego dnia w szatni, choć byłem ostrożny, to ja miałem nadzieje, że taki układ, jaki on proponuje, pozwoli mi się do niego zbliżyć a nie odwrotnie. Nawet nie sądziłem, że to ja mam myśleć, że jest inaczej.

Kiedy pierwszy raz, przyszedł do mojego domu myślałem, że to będzie tylko seks. Nie wiem. Chyba do pewnego momentu uważałem jeszcze, że się znudzę. Jak zwykle. Sądziłem, że skoro się ugiął, zwyczajnie go przelecę, a on nie będzie w stanie mnie już niczym specjalnym zaskoczyć. Myliłem się. Kiedy chciałem go pocałować, zatrzymał mnie. Chciał ze mną rozmawiać. Rozmawiać... Dlaczego, chciał mnie poznać? Po co pytał? Nigdy nie zdarzyło mi się opowiadać innym o sobie. Nie zdarzyło, bo nikt nie pytał. To, że pytał ,a ja mu odpowiadałem, to burzyło ten układ z szatni. W końcu nie miało nas obchodzić nic, poza seksem. Nie mieliśmy się poznawać. Co prawda zaznaczył, że pyta z czystej ciekawości. Ale jak zwykle, jego oczy mówiły co innego. Jak mogłem zrozumieć kogoś, kto czasem jest do przejrzenia jak biała kartka papieru, a czasem to, że jest taki emocjonalny, gubi nie tylko jego, ale i osoby, z którymi rozmawiał? To było takie inne... namacalne, kiedy to z nim robiłem. Jego gesty, mimika twarzy, uczucia. To wszystko było tak widoczne i podniecające w swojej bezpośredniości. To, że ze sobą walczył, aby tego nie pokazywać, nakręcało mnie, aby sprawić, żeby nie potrafił tego ukryć. Aż w końcu się poddał. Kiedy sam zaczął się o mnie ocierać, mięknąć pod moim dotykiem, tak jakby umierał na tym łóżku z rozkoszy, miałem wrażenie, że jeszcze z nikim nie robiłem tego tak uczuciowo. Jakby to nie był tylko seks, dla seksu. To nowe wrażenie,  było intrygujące i przerażające w pewnym sensie.
 
Poczułem się zawstydzony czytając, jak Jonghyun pojmował seks ze mną. Idealizował mnie w taki sposób, w jaki nigdy na siebie nie patrzyłem. Podobały mu się we mnie, tak drobne, niezauważalne czasem nawet dla mnie, gesty i słowa. Nigdy nie przypuszczałem, że tak uważnie mi się przygląda. Spojrzałem na wpis, który zatytułowany był - Próba teatralna.

<podkład>

Tego dnia zrobiłem coś okropnego. Nawet nie wiem jak napisać to, co teraz czuje. Kiedy na próbie, zobaczyłem jak barman z mojego przyjęcia, podrywa Kibuma, nie wytrzymałem. Nawet nie wiem, po co całowałem te dziewczynę. Dla zemsty? Dla rozładowania emocji? Dla zabawy? Jak mogłem pomyśleć, że coś takiego, będzie dobrym pomysłem, aby wzbudzić zazdrość Kibuma. Wzbudziło za to inne uczucia. Takie, które wszystko zmieniły. Przez które, cały dzień spędziłem w jakimś przypadkowym barze. Mimo muzyki i rozmów innych ludzi, wciąż docierał do mnie jeden, charakterystyczny ton głosu. Ten, który wciąż na nowo mówił mi: Kocham to... jak się uśmiechasz. Odruchowo, na moją twarz wkradł się delikatny, niepoprawny uśmiech, kiedy przypomniałem sobie jego własny uśmiech, kiedy był zawstydzony, lub bardzo szczęśliwy. Kocham sposób, w jaki mówisz o czymś, na czym ci zależy. Kocham tą pasje w twoich oczach, kiedy to robisz. Przejechałem palcem po linii  szkła. On zawsze mnie słuchał. Słuchał tak, jakbym mówił o czymś najciekawszym na świecie, a mówiłem przecież tylko o sobie. O moich głupich marzeniach. O moich niespełnionych fantazjach. Kocham to, że czasem jesteś taki jak ja - zagubiony. I trzymał za rękę. Wiedział, gdy byłem smutny i nie pytał. Zwyczajnie, trzymał mnie za te rękę, a ja nie musiałem nawet o to prosić. A jednocześnie to ty wydajesz mi się dawać mi nadzieje na to, że mógłbym być przy tobie bezpieczny. Chciałem cię chronić. Bo byłeś jak wymarły gatunek. Jak ciepłe światełko w ciemnym i zimnym tunelu. Spotkanie ciebie, to była najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się w moim bezwartościowym, smutnym życiu. Ale co z tego, skoro nigdy nie potrafiłem ochronić cię tak, jakbym chciał, a zawsze zadawałem ci ból, tak jak nigdy nie pragnąłem. Kocham cię. Kocham.. Kocham... Kochasz? Ale czy to nie jest zbyt mocne, zbyt piękne, zbyt wartościowe uczucie, abyś mógł obdarzyć nim właśnie mnie? Czy kocha się właśnie za to? Za szczęście jakie daje ci druga osoba, jakkolwiekby ona nie była? Nawet, jeśli jest dupkiem, jest cyniczna, zadufana w sobie i nie potrafiąca wyrażać emocji? Więc jak mam nazwać to, co poczułem kiedy odchodziłeś tego popołudnia? Jak nazwać to, co poczułem, kiedy płakałeś mówiąc, że straciłeś te wiarę we mnie, o której przed chwilą mówiłeś. Jak osoba, którą kochasz i która napawa cię takim szczęściem, ma prawo zadać ci taki ból? Piłem aby uciec, ale nie spodziewałem się, że mogę przez to zawędrować w całkiem inne miejsca, niż te, jakich oczekiwałem. Uciekałem tak szaleńczo, że w końcu, licząc wszystkie przeszkody, jakie miałem w mojej głowie i nazywając wszystko to, czego nazwać się do tej pory bałem, znalazłem to jedno, przed czym już uciekać w tej chwili nie mogłem. Kiedy to zrozumiałem, wszystko inne straciło sens. Choć z początku jeszcze ze sobą walczyłem, moje starania okazały się tylko ślepymi uliczkami moich wyborów. Kiedy kolejny raz, piłem drinka, w szkle odbijały mi się błyszczące oczy kogoś, kim na pewno nie byłem ja. Kogoś, kto był przy mnie przez tak długi czas, a kogo tak długo nie potrafiłem docenić w sposób, na jaki zasługiwał. Kogoś, kto poruszał moje serce na tysiąc różnych sposobów, kiedy nawet się tego nie spodziewałem. Choć do końca czułem, że to nie możliwe, to jednak stawało się to, z każdą sekundą, coraz bardziej realne. Bałem się tego. Nie wiedziałem, jak mam postąpić, kiedy to zrozumiałem. Gdy Kibum, wraz z Minho i Taeminem, zabrali mnie do domu, wciąż czułem ten ucisk w sercu, który nie pozwalał mi oddychać. Dlatego, to zrobiłem. Mocno zamroczony alkoholem, miałem bardziej rozwiązły język niż planowałem. Chciałem powiedzieć to delikatnie, ogólnie, a padło wprost. Powiedziałem mu wtedy, że go kocham. Mówiłem to szczerze, ale najwyraźniej spaliłem już wszystkie mosty za sobą, aby w tej chwili, moje słowa miały jakąś wartość. Nie uwierzył mi.

Zacisnąłem dłonie na materiale kanapy, tracąc oddech. Co takiego!? On mówił to wtedy szczerze? Nagłe ciepło, które wypełniło moje ciało, zetknęło się z zimnym dreszczem przebiegającym po moich plecach. Przyłożyłem dłoń do ust, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Skąd miałem wiedzieć, że był wtedy szczery? Był pijany. Już nie raz, wyskakiwał mi z różnymi rzeczami tego typu. Jednak zawsze obracał to w żart. Jednak, gdy się nad tym zastanowić, to nie zmieniało faktu, że wtedy, to był też pierwszy raz, kiedy Jonghyun, na głos powiedział do mnie te dwa słowa. Jak mogłem tego nie zauważyć? Może, gdyby nie ta jego późniejsza, desperacka próba udowodnienia mi, że mówi mi prawdę, to pomyślałbym o tym inaczej. Nie potrafiłem tego dalej czytać. Przewróciłem znowu kartki. Jednak nie wiedziałem jeszcze, że następne, co przeczytam, wysadzi to, co już na początku tego wieczoru, zostało podpalone.

Żałowałem czasu, który straciłem,  tkwiąc jak idiota, w swoim żałosnym przekonaniu, że Kibum to dla mnie tylko kolega do seksu. Żałowałem, że nie pamiętam zbyt dobrze naszego pierwszego pocałunku. Ani tego, jakie były nasze pierwsze słowa, kiedy się spotkaliśmy. Jak był ubrany? Jak wyglądały wtedy jego oczy? Żałowałem... a teraz jest już za późno. Zapłaciłem wysoką cenę za swoją głupotę. Na tle nocnego nieba, nad rzeką, Kibum był idealnie takim, jakiego będę chciał go zapamiętać. Naturalny. Wesoły. Nieskrępowany w swoim delikatnym zakłopotaniu. Z lekko zarumienionymi policzkami i niesamowicie błyszczącymi oczami. Ciepły. Cieplejszy niż wieczór i lekka bryza, która owiewała moje ciało. Bardziej kolorowy, niż fontanna padająca z mostu do rzeki. Był zbyt idealny aby tu być. To nie było jego miejsce, To nie było jego miejsce, bo ja tam byłem.
Powiedziałem ci: To była gra Key. Chciałem powiedzieć: Od początku łudziłem się, że to będzie tylko gra.
Byłeś zaskoczony, ale nie chciałeś mi wierzyć. Wiesz, jak ciężkie to było? To, że musiałem w to brnąć? Dlaczego zwyczajnie nie odszedłeś?
Powiedziałem ci: Chyba nie uwierzyłeś w to, że mogłem się w tobie zakochać? Chciałem powiedzieć: Pytasz o miłość? Myślisz, że jak mógłbym się w tobie NIE zakochać? Sam mi powiedziałeś, że tak łatwo przyszło ci mnie kochać. Więc musisz wiedzieć, jakie to było proste, zakochać się w osobie, która uratowała moje bezcelowe życie od zapomnienia. Od szarości. Od sztuczności i braku uczuć. To ty jesteś idealny Kibum, bo w przeciwieństwie do mnie, od początku miałeś to, czego ja nigdy nie posiadałem - serce.
Powiedziałem ci: To była czysta rozrywka, kotku. Byłeś łatwiejszy niż się spodziewałem. Ale mam nadzieje, że zaczerpniesz z tej gry coś dla siebie. Pomyśl o tym tak, Kibum. Być może Bóg chciał żebyś mnie poznał aby w przyszłości nauczyć cię odróżniać ludzi złych, od tych dobrych? Takich którzy się tobą zabawią i takich, którzy stworzą ci pieprzone ognisko domowe. Pomyśl o tym, Kibum. Wiesz dlaczego to powiedziałem? Wiedziałem, że jeśli tego nie powiem, nie odejdziesz. Wiedziałem, że to jedyny słuszny wybór, abyś obrał właściwą dla ciebie ścieżkę. Zasługujesz na szczęście. Na ciepło. Na rodzinę. Zasługujesz na to, żeby w przyszłości nie trafić więcej na kogoś takiego jak ja. Kogoś zniszczonego, kto równie mocno zniszczy ci życie. Chciałem, żebyś mnie znienawidził i przez tą nienawiść, nauczył się, kto jest dla ciebie odpowiedni. Wybrał tego, który będzie w stanie dać ci życie, na jakie zasługujesz.
Powiedziałem ci: Złamane serce powinno się leczyć nienawiścią. Spraw żebym w tych słodkich i niewinnych oczach, widział jak bardzo mnie nienawidzisz. A najlepiej zadbaj o to, by ta nienawiść zaprowadziła cię jak najdalej ode mnie i nigdy więcej cię już ze mną nie spotkała. Bo kiedy to się stanie, nie mogę obiecać ci, że nie zabawie się tym, co nazywasz teraz nienawiścią, jeszcze raz. Powiedziałem to, bo to nie o ciebie się bałem, a o siebie. Bałem się, że jeśli ponownie cię spotkam, nie wytrzymam. Bałem się, że wtedy nie będę w stanie udawać i nie będę już mógł cię ponownie opuścić. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężko było mi tamtego dnia puścić twoją dłoń i pozwolić ci odejść. Jednak mimo bólu, wiedziałem, że muszę to zrobić. Bo właśnie dlatego, że cię kocham Kibum, pozwoliłem ci odejść.

Po moim policzku spłynęły pojedyncze łzy. Spoglądałem tępo w kartkę papieru przede mną i miałem wrażenie, że już dawno przestałem w ogóle oddychać. W swoim bezruchu, czułem ciężki, zaciskając się ból w moim sercu. Jedna z łez, spadła na stronę w zeszycie, tuż obok ostatniego zdania, które przeczytałem. To było już wszystko. Nie musiałem, nie chciałem, nie potrafiłem, przeczytać już więcej. Powoli, do moich myśli, zaczęły dochodzić przebłyski świadomości. Cały ten czas, kiedy byłem z daleka od Jonghyuna, czułem żal i smutek. Ale w tej chwili, teraz, do mojego serca doszła nowa emocja - rozpacz. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że cały wcześniejszy czas, jaki poświęciłem opłakiwaniu tego, jak zostałem skrzywdzony przez Jonghyuna, było niczym, w chwili, kiedy dowiedziałem się, że to nie jego, a siebie powinienem opłakiwać. Bo się poddałem. Bo niczego nie zauważyłem. Bo byłem taki naiwny. Bo płakałem, wtedy kiedy on także płakał? To nie tak, że się obwiniałem. Ale czułem, że już dłużej tego nie zniosę. Już dłużej nie zniosę uciekania i postępowania według scenariusza, jaki napisał mi Jonghyun. Kiedy 3 lata temu, przeżyłem upadek na dno - płakałem. Ale teraz czułem, że zwyczajnym płaczem tego nie zduszę. Teraz, miałem możliwość, aby to z siebie wyrzucić. Kiedy zdałem sobie sprawę, jak szybko moja rozpacz wyzwala mnie złość, wściekłość, że on mnie okłamał, poderwałem się z miejsca. Wyszedłem na korytarz i spojrzałem na zegarek. Było grubo po 3 w nocy. Wyjrzałem przez okno na ogród. Na parkiecie bawiła się już tylko niewielka liczba gości. Nigdzie nie dostrzegałem Jonghyuna. Jeśli go tam nie było, musiał znajdować się w swoim pokoju. Przemierzyłem znajomą mi drogą przez piętro, na którym znajdowało się lokum chłopaka. Czując narastający we mnie żal i cichą wściekłość, nie zatrzymałem się nawet przed wejściem, aby zapukać. Wparowałem ostentacyjnie do pomieszczenia, trzaskając za sobą drzwiami. Od razu dostrzegłem przed sobą Jonghyuna, który zaskoczony, zamarł w czasie czynności rozwiązywania krawata. Zacisnąłem usta i dłonie. Jonghyun nawet nie zrobił uniku, kiedy moja pięść, zetknęła się z jego policzkiem. Sam byłem zaskoczony siłą, jaką udało mi się włożyć w ten cios, oglądając jak Jonghyun zatacza się kilka kroków do tyłu, po moim uderzeniu. Kiedy się wyprostował, wyglądał jednak tak, jakbym tylko go musnął. Dotknął swojej szczęki i uśmiechnął się kpiarsko.
- Nigdy nie podejrzewałem, że kiedykolwiek mógłbyś kogoś uderzyć - zażartował. - Ale w sumie to ja. To zmienia postać rzeczy.
- Jak mogłeś!? - krzyknąłem, kompletnie tracąc panowanie nad emocjami.
- Jak mogłem, co? - spojrzał na mnie, a po chwili na to, co trzymałem w dłoni.
Jego mina zmieniła się w jednej chwili.
- Skąd...? Jungah - powiedział jednocześnie.
- Tak! Powiedziała mi o wszystkim! O wszystkim tym, co ty przede mną ukryłeś!
Jego źrenice momentalnie się rozszerzyły.
- Czytałeś? - powiedział wolno, jakby nie to, że znam prawdę a to, że poznałem jego uczucia, było w tej chwili najważniejsze.
Zacisnąłem usta, rzucając w niego pamiętnikiem. Złapał go zaskoczony, ale wciąż to przerażenie, było główną emocją, która grała na jego twarzy.
- Kiedy zaczynałem, czułem się z tym źle, ale kiedy skończyłem, już się tak nie czuje! Ty dupku! Pytam po raz kolejny, jak mogłeś!?
Zacisnął usta. Przez chwile, mierzył się ze mną wzorkiem, ale tym razem, to ja wygrałem te niemą bitwę.
- Zrobiłem to, co musiałem. To... nie byłem przygotowany na taką rozmowę. Nie tak szybko. Nie wiem, co powiedzieć.
- Najlepiej prawdę! A może nie potrafisz już być szczery!?
Czułem się rozżalony. Było zimno, ciężko.
- Więc, co chcesz usłyszeć? - spytał szorstko. - Dlaczego to zrobiłem? Chyb znasz odpowiedź, skoro czytałeś mój pamiętnik.
Jego opanowany, ściszony głos, doprowadzał mnie do szaleństwa. Nie zareagował tak, jak podświadomie oczekiwałem. Nie rzucił się na mnie, dziękując Bogu, że dowiedziałem się wreszcie prawdy. Nie powiedział, że mu przykro, ani jak bardzo za mną tęsknił. Jakby przez te trzy lata własnego, innego życia, zmienił się w osobę, którą chciał się stać, kiedy kazał mi się nienawidzić.
- Uważasz, że co bym zrobił, gdybym dowiedział się prawdy? Myślisz, że zależało mi na twoich pieniądzach czy pozycji? Uważasz mnie za aż tak płytkiego?
- Nie uważam tak. Myślę, że gdybym ci to powiedział, tego wieczoru zechciałbyś zostać. To był więc główny powód, aby ci tego nie mówić.
- I masz racje! Nie zostawiłbym cię! - pisnąłem. - Masz pojęcie na czym polega związek, Jonghyun!? Związek to więź! To bycie razem na dobre i złe! Na dzieleniu wspólnie szczęścia i wspieraniu się, kiedy jest cholernie ciężko! Na zrozumieniu! Na bezgranicznym zaufaniu! Ale na pewno nie na tchórzostwie! - spojrzałem mu głęboko w oczy. - Ty  tchórzu! Łatwiej było ci mnie zostawić, niż przyznać, że mnie potrzebujesz?
- Nie rozumiesz tego - powiedział oschle. - Zrobiłem to właśnie dlatego, że cię potrzebowałem. Uważasz, że mógłbym żyć, skazując cię na pewny brak przyszłości, będąc ze mną? Oglądając, jak z każdym dniem, twój blask umiera, przez moje błędy? Potrzebowałem widzieć cię szczęśliwego. Tylko tak byłem w stanie stawić temu wszystkiemu czoło. Tak mogłem znajdować w sobie siłę, aby dalej walczyć. Wiedząc, że ty, masz przed sobą przyszłość.
- Wiec uważasz, że postąpiłeś dobrze?
- Nie żałuje tego, co zrobiłem.
- Co takiego? - spytałem, zaskoczony.
Nie sadziłem, że Jonghyun powie coś takiego. Myślałem, że będzie całkiem inaczej. Myślałem, że on wcale tego nie chciał?
- Spójrz na siebie – powiedział. - Na to, kim teraz jesteś. Spełniłeś swoje marzenia. Wyjechałeś za granice i zdobyłeś niesamowite doświadczenie oraz pozycje pracy. Masz rodzinę. Osoby, które cię kochają. Patrząc na ciebie teraz wiem, że zrobiłem dobrze.
Poczułem, jak moje oczy robą się mokre. Ten idiota niczego nie rozumiał.
- A jakie to ma znaczenie, kiedy czuje się niekompletny!? - krzyknąłem, zaciskając usta i patrząc mu prosto w oczy. - Myślisz, że jestem spełniony? To nie prawda. Jestem bardziej rozbity niż kiedykolwiek. Uważasz, że w Nowym Jorku byłem szczęśliwy? Nie byłem! Jaką wartość miało to wszystko, co tam osiągnąłem, skoro nie mogłem się tym podzielić, z osoba która kocham? Jakie znaczenie, miała nagroda za pierwsza własną kolekcja, skoro nie mogłem ci jej pokazać? Jakie szczęście, mogłem przeżyć, spacerując po ulicach Nowego Jorku, skoro nie mogłem iść tą droga z tobą? Każdego dnia budziłem się z pustką w sercu czując, że żaden z moich dotychczasowych sukces, nigdy nie sprawi, że kiedykolwiek będę mógł wstać rano i nie czuć tej pustki!?
Zapadła cisza. Poczułem się słabo, kiedy to wreszcie wykrzyczałem. Wyrzuciłem z siebie ten opis smutku i żalu, jaki do tej pory przepełniał moje serce. Spuściłem wzrok, ukrywając się pod potarganymi włosami. Przyłożyłem wierzch dłoni do policzka, ocierając łzy i przymykając na chwile powieki. W tle słyszałem, jak za oknem orkiestra gra jakąś wolną, delikatną melodie. Kiedy otworzyłem ponownie powieki, zobaczyłem przy swoich butach, parę innych. Podniosłem lekko spojrzenie i napotkałem ciemne tęczówki Jonghyuna.
- Jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej to ja także tęskniłem. Najbardziej przez pierwsze pół roku. Wtedy, kiedy kazałem ci odejść, przeklinałem się za to, jak cię skrzywdziłem, ale czułem jednocześnie, że zrobiłem dobrze. To nie tak, że cię nie potrzebowałem. Jednak to co czułem, starałem się w sobie zdusić jak najbardziej mogłem.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi tej nocy tego, co napisałeś w swoim pamiętniku? – spytałem drżącym głosem, a on pogłaskał mnie po policzku ,uśmiechając się lekko. - Nawet w najśmielszych snach, nie wyobrażałem sobie, że mógłbym od ciebie coś takiego usłyszeć.
- Wiesz dlaczego.
- A teraz wszystko jest inaczej.
- Nie wszystko.
- Masz racje. To zabawne - uśmiechnąłem się gorzko. - Uważasz, że zmieniłem się na lepsze, a tymczasem płacze, jak ta sama słaba osoba sprzed lat.
- Przeciwnie. Cieszę się, że płaczesz. Zawsze, to twoją wrażliwość, ceniłem w tobie najbardziej.
- A jednak wciąż uważasz, że postąpiłeś wtedy dobrze.
- Postąpiłem zgodnie ze sobą.
- Tak? Więc dlaczego uprawiałeś ze mną wczoraj seks? 
Jonghyun odwrócił lekko wzrok, odsuwając się nieznacznie. Tak myślałem. Wciąż uważał, że powinien tkwić w tym układzie, który zaczął.
- Zapomnij, cokolwiek teraz nie powiesz to niczego nie zmieni. Pisałeś, że mnie kochasz. Ubzdurałeś sobie to idiotyczne pojęcie miłości i do tej pory nie dorosłeś do tego, aby zrozumieć na czym ono naprawdę polega. Tu się różnimy. Inaczej rozumiemy to uczucie.
- Więc co teraz? – spytał cicho.
- Potrzebuje przestrzeni - szepnąłem. - Muszę to wszystko przemyśleć.
-Rozumiem.
Nie byłem gotowy na dzisiejszy dzień. Nie byłem gotowy, ponownie wracać do przeszłości. Jednak, czy to miało jakieś znaczenie, skoro przeszłość zadecydowała za mnie inaczej? I choć czułem na sobie, poranne promienie wschodzącego słońca, miałem wrażenie, że moja droga, przejdzie jeszcze wiele, za nim przestanie, wciąż przecinać swoją prostą, ścieżkami ludzi z mojej przeszłości.
____________________
Wiem. Późno dodałem ten rozdział. Postaram się poprawić. Mam nadzieje, że po tym, ostatecznie, już nikt nie ma złej opinii o Jonghyunie. Cieszę się, że wreszcie mogłam wam o tym napisać, bo strasznie przeżywałem, że tylko ja i on, znamy ten jego mały sekrecik. Teraz znacie go wszyscy i mam nadzieje, że napiszecie mi, czy tak to sobie wszystko wyobrażaliście, czy mieliście inne teorie.